2 sie 2015

Z Popiołów cz.1

I.
Wskazówki powoli przesuwały się po tarczy zegara. Dla kogoś, to nigdzie się nie śpieszył, czas pewnie umykał niezauważalnie. Dla Ryana jednak trwało to wieczność. Każda sekunda niczym minuta, każda minuta niczym godzina i tak dalej. Jeszcze tylko kwadrans i będzie wolny. Koniec.
Siedział na małym stołku za ladą, przygarbiony, pustym wzrokiem wgapiając się w zegarek wiszący nad drzwiami do sklepu. Wokół rozlegał się co chwilę donośny huk, bowiem Kathy wykładała na półki nowe pasy do gitar. Dla niego jednak nie istniało nic poza tykaniem zegara.
- Ryan, pojebie, może tak byś mi pomógł?
Kathy odwróciła się i położyła dłonie na biodrach, patrząc na niego z wyrzutem. Ryan westchnął. Chyba nie miał wyboru.  Zwlekł się ze stołka i ruszył powoli w jej stronę, jak więzień na skazanie. Rozejrzał się. Na drewnianej podłodze leżało kilka sztuk pasów. Sięgnął po nie i jednym ruchem wrzucił na półki.
- A poukładać?
Zapytała dziewczyna z lekką irytacją w wysokim głosie. Ryan jednak wzruszył ramionami.
- Jak komuś będzie zależało, to sobie poszuka.
Kathy nie mogła już dalej udawać poważnej i zaczęła chichotać. Szturchnęła chłopaka w ramię, dłonią zakrywając usta.
- Ryan, twój grobowy nastrój zawsze doprowadza mnie do śmiechu, wiesz o tym, prawda?
Zaćwierkotała. On zaś prychnął i ruchem kogoś będącego ponad sprawami małego muzycznego sklepiku ruszył za ladę. Po chwili podeszła do niego Kathy.
- Wiesz przecież, że May potrafi się zamienić w niezłego skurwysyna, kiedy w tym sklepie coś jest nie na swoim miejscu.
Och tak. Ryan wiedział o tym aż za dobrze. Z ledwością wymusił na nim dzisiaj zwolnienie do domu dwie godziny przed zakończeniem pracy. Dobrze jednak rozumiał Maya. Starszy pan w garniturku, nieco posiwiały czterdziestolatek, niegdyś zapewne fan Beatlesów i Elvisa, a obecnie właściciel sklepiku z instrumentami muzycznymi bardzo przejmował się sprawami swojego małego imperium. Prawdę mówiąc miejsce, w którym przyszło pracować Ryanowi było niewielkie, ale za to jakże urocze. Gitary i bębny wisiały na ścianach niczym trofea, nagłośnienie walało się po kątach, a statywy wrzucili do jednej skrzynki, bo nie było już dla nich miejsca na półkach. W powietrzu unosiły się drobinki kurzu a całe pomieszczenie pachniało drewnem. Ryan uwielbiał tutaj przebywać.
Na szczęście pan May znalazł godnych zaufania pracowników, czyli jego, Ryana Wilkinsona i Kathy Smith. Oboje tworzyli dość oryginalną parę sprzedawców. Ryan, ze swoją nieco pobladłą cerą, czarnymi, zakręconymi na końcach włosami i dżinsowymi koszulami stanowił zupełne przeciwieństwo Kathy, którą można by raczej porównać do kolorowej papużki. W rozczochranymi włosami w kolorach tęczy, różnobarwnych koszulkach i krótkich spódnicach prezentowała się... inaczej.
No w każdym razie plusem było to, że łatwo można było ją poznać na ulicy.
Cholera, jeszcze pięć minut i będzie wolny. Poczuł ucisk w żołądku. Im bliżej końca, tym bardziej się stresował. Dziś będzie niezwykły dzień. Naprawdę.
- Właściwie to czemu idziesz dziś wcześniej?
Zapytała Kathy, bawiąc się czerwoną kokardą, którą wyciągnęła z burzy swoich włosów.
- Mam próbę.                                
Odparł lakonicznie Ryan, przy okazji wzruszając ramionami, co potęgowało efekt obojętności i emocji o nazwie mamwszystkowdupie.
- Wow. Też bym chciała mieć zespół, żeby wcześniej się zwalniać.
Zaśmiała się i sięgnęła do kieszeni po gumę do żucia.
- A właściwie… to jak Pierce?
Cholera. Ryan wiedział, że o to spyta. A on sam jeszcze nie był pewny, co z nim będzie. I co mu powiedzą.
- Nie wiem… Dan jest na niego tak wkurwiony, że już po dwóch dniach znalazł kogoś na jego miejsce.
Odparł, opierając się o ścianę. Kathy nie wyglądała na zdziwioną. To jak na Dana normalne.
- Dalej chodzi mu o tę sprawę z trawką?
- Taa…
Mruknął Ryan i niemalże od razu przed oczami stanął mu Pierce. Jego fryzura na teddy boya, podniszczona skórzana kurtka i uśmieszek typowego zawadiaki, który po jednym ciosie biegnie co maminego cyca. Nie trawił gościa. Był z nimi od początku i traktował zespół raczej nie jako pasję, a jako powód, dla którego dziewczyny miałyby za nim szaleć, tylko dlatego, że „śpiewa, kochanie”.
- Jebany blagier.
Syknęła Kathy. Ona też go nie cierpiała. Podstawowe pytanie… kto w ogóle miał ochotę się z nim zadawać? Chyba jedynie Hunter. Ale on był rudy.
- Widziałeś już tego nowego wokalistę?
- Nie… dopiero dziś wszyscy go poznajemy. I wypierdalamy Pierce’a ze składu.
Odruchowo spojrzał na zegarek. Już czas. Zerwał się z miejsca i szybko założył na siebie dżinsową kurtkę, przy okazji zabierając z półki nowy pas do gitary.
- Na razie Kathy! Jutro ci wszystko opowiem.
~*~
Ryan zamknął za sobą furtkę i wszedł na posesję Taylorów. Słońce grzało cholernie, po drodze musiał zdjąć z siebie kurtę i rozpiąć koszulę praktycznie do połowy, a i tak było mu gorąco.  Na szczęście rodzice Huntera chętnie częstowali jego i chłopców zimnym piwem prosto z lodówki.
Rodzice Rudego byli zajebiści. Ba, ogólnie jego chata była zajebista, jego bracia byli zajebiści, jego siostra była zajebista i zimne piwo z lodówki też było zajebiste. Hunter jako jedyny z nich wszystkich miał jakieś tam przystępne warunki egzystencjalne. Mieszkał na samym końcu miasta, w domku jednorodzinnym, z ładnym ogrodem i – co najważniejsze – pełną rodziną. W porównaniu do Dana, syna prostytutki, który nie zdał dwóch klas, bliźniaków mieszkających na najbiedniejszej dzielnicy i niego, Ryana, wychowującego młodszego brata z wujkiem alkoholikiem to były luksusy.
Zapukał do drzwi i niemalże po dwóch sekundach w progu stanął Hunter, w samej bokserce i szortach, boso. Rude, kręcone włosy stały we wszystkie strony i wyglądały jak po uderzeniu pioruna.
- Stary, masz pięciominutowe spóźnienie.
Burknął opierając się o framugę ręką.
Ryan naprawdę nie lubił, kiedy ktoś wytykał mu jakieś niedociągnięcia, więc burknął tylko kilka słów.
- Jebać to. Pierce już jest?
- Niee.
Ryan westchnął i przeszedł obok Huntera. Bywał w tym domu już tyle razy, że drogę do garażu potrafiłby odnaleźć po omacku. Minął salon, w którym pani Taylor oglądała telenowele i pokój Mary Rose, słuchającej teraz nowego singla Cyndi Lauper. Tymczasem Hunter podążył za nim, stawiając ociężałe kroki. Musiał niedawno wstać, albo być na kacu. Jedno z dwóch. Podeszli do drzwi, a Ryan nacisnął klamkę i wszedł do garażu.
Garaż Huntera był dla chłopców miejscem wręcz kultowym. To tutaj się spotykali, tutaj grali, wspólnie pisali piosenki i tu składowali cały sprzęt. Popołudniami, kiedy każdy z nich był już wolny od rutynowych zajęć, przychodzili tutaj i napierdalali prawdziwego rocka.
Całe pomieszczenie było wyjątkowo duże i czuć było w nim chłód, a wokół unosił się zapach smaru. Po kątach stały kartonowe pudła, a w nich cały sprzęt chłopców. Gitary, basówki, rozłożona perkusja, klawisze, kable, statywy, wzmacniacze… dużo tego było.
Ryan wszedł i rozejrzał się. Trafił idealnie. Bliźniaki rozkładały perkusję na małym podeście, Danny palił fajki przy wyjściu, a gdzieś w kącie, niedaleko kartonowych pudeł stały koleżanki Mary.
Dan, widząc kolegę, rzucił peta na ziemię i zdeptał go czubkiem glana. Podszedł do Ryana i uścisnął mu po męsku dłoń. Jego czarna ramoneska przesiąkła zapachem dymu.
- Ta jebana kurwa Pierce znowu się spóźnia.
Syknął jadowicie Dan i przeczesał dłonią rozczochrane, długie do ramion blond włosy. Ryan westchnął, to było pewne, że po całej aferze z trawką Danny będzie robił wszystko, byleby tylko wywalić Pierce’a na zbity pysk. W końcu to on, blondowłosy Dawkins był tutaj szefem. Najstarszy z całej grupy, najbardziej doświadczony i wkręcony w to całe rock’n’rollowe gówno. To on przypiął na korkowej tablicy na stołówce ogłoszenie o poszukiwaniu gitarzysty. A potem basisty, perkusisty, klawiszowca… i tak oto zebrał chłopców w jedno miejsce, stawiając przed nimi wspólny cel.
Być jebanymi gwiazdami.
Ryan westchnął i sięgnął do kartonowego pudełka. Wyjął z niego swoją klasyczną i dłonią przetarł gryf. Na opuszkach palców osiadł się kurz.
- Nowy już jest?
Dawkins prychnął.
- Od dawna. Stoi tam z dziewczynami.
Ryan odwrócił się nieco obojętnie i zawiesił wzrok na czterech dziewczynach chichoczących w kącie. Dwie z nich znał, były koleżankami Mary Rose i często widział je razem, gdy chodziły na wagary do pobliskich kawiarni. Kolejnych dwóch zaś sobie nie przypominał. Jedna z nich, szczuplutka i ubrana w białą marynarkę nie pasowała tutaj. Ze swoim klasycznym stylem i niezwykle poważną twarzą o anielskich rysach wyróżniała się spośród przebywających tutaj ludzi, noszących podarte ciuchy, typowych rockowców.
Wtedy dopiero spojrzał na ostatnią i trochę się onieśmielił, widząc ją. Niesamowicie szczupła, ubrana tak jak oni, w nieco znoszoną ramoneskę i obcisłe, skórzane spodnie. Długie, kasztanowe włosy spływały jedną falą na plecy. Cholera, przecież to był jego ideał dziewczyny. Bez kitu. Zawsze marzył o takiej, a jak dotąd spotykał tylko takie kolorowe papużki jak Kathy, albo snobki przypominające tą w białym garniaku.
Podszedł do nich, a z każdym krokiem serce biło mu troszeczkę szybciej. Ryan nie należał do ludzi nieśmiałych. Nie bał się innych. Po prostu nie lubił rozmowy i dlatego często milczał, nie włączając się w dyskusję. Teraz jednak sytuacja trochę się zmieniła. Przerażała go lekko wizja konfrontacji z tą dziewczyną.
Jeden zły krok i może zrazić do siebie ten ideał na zawsze.
Zacisnął wargi i stanął obok koleżanek Mary.
- Cześć dziewczyny.
Uśmiechnął się do nich tak przyjaźnie jak tylko mógł, a one odpowiedziały mu urokliwym chichotem.
- Hej, nie widziałem was jak dotąd. Jak macie na imię, piękne?
W tym momencie snobka parsknęła śmiechem i zakrywając dłonią usta, spojrzała na kasztanowłosą, która zacisnęła wargi, czerwieniąc się. Ryan zupełnie nie wiedział, o co im dwóm chodzi i poczuł, że kompletnie się zbłaźnił. Kurwa, kurwa, kurwa. Porażka na całej linii. Przegrana. Trzeba pogodzić się ze stratą. Wycofać.
Tylko o co kurwa chodzi? Co w tym pytaniu było takiego śmiesznego?
- Ja jestem Clarice, a to…
Kasztanowłosa wywróciła oczami z irytacją.
- Zamknij się, kobieto, próbuję mu nie przyjebać.
Moment.
Co?
Ryan zachłysnął się powietrzem i dopiero wtedy zauważył jak ogromny, wielki, debilny błąd popełnił. Oblało go gorąco. Kurwa, jak mógł się nie domyślić? Kasztanowłosa była ich nowym wokalistą. Wokalistą-facetem. Z zupełnie męskim głosem i mocno zarysowaną szczęką. Ryan w ogóle nie wiedział, co ma teraz zrobić. Nowy stał zażenowany, mierząc go wściekłym spojrzeniem, Clarice jeszcze cicho się śmiała, a koleżanki Mary patrzyły na niego jak na całkiem zabawnego idiotę.
Cholera, żeby tylko Danny, Pete i Gerard tego nie słyszeli.
- Uhm… ja… eh…
Próbował wyrzucić z siebie jakiekolwiek poprawnie złożone zdanie, które wskazywałoby na to jak bardzo jest mu przykro, ale cholerny wstyd sprawiał, że plątał mu się język, a nogi wrastały w ziemię.
Nowy machnął ręką, ochłonąc już nieco. Mimo to dalej w jego ciemnych oczach pozostawał błysk pogardy i wstydu.
Reputacja na minusie.
Już nic tego nie naprawi.
Ryan po raz pierwszy chciał, żeby Pierce już tutaj był.
- Co za oryginalny sposób na rozpoczęcie nowej znajomości.
Po czym wyciągnął do niego rękę. Szczupłą i wąską. Mało męską.
- Jestem Nathan. Nath. I nie jestem laską.
Ryan nieśmiało wyciągnął przed siebie dłoń, a Nathan uścisnął ją mocno, jakby chcąc udowodnić, że drzemią w nim ukryte pokłady testosteronu i prawdziwej męskości.
Przez chwilę zapadła nieco niezręczna cisza. Clarice zapewne domyśliła się, jak dla nich obu sytuacja jest krępująca, dlatego uśmiechnęła się lekko i podjęła temat.
- A więc… Ryan, tak?
Ryan powoli skinął głową.
- Daniel dużo o tobie mówił. Podobno jesteś głównym gitarzystą i świetnie grasz.
Wtedy Nath prychnął i odgarnął kosmyk włosów z twarzy, uśmiechając się złośliwie. No świetnie, zapowiada się na kolejnego wokalistę z nadmiernie pobudzonym ego. Żeby tylko dobrze śpiewał.
- Clara, proszę cię, nawet pięciolatki są lepsze od Dana. A co dopiero taki rosły i męski samiec alfa jak Ryan.
W głosie kasztanowłosego aż trudno było nie dosłyszeć uszczypliwości, soczyście ociekającej ironią i urazą. Ryan wiedział, że tej wpadki Nathan nie podaruje mu chyba do końca życia. W oczach miał zapalczywość i zadziorność. Dlatego też potulnie spuścił wzrok, zaciskając zęby.
Clarice odchrząknęła karcąco.
- Nathan, przestań. Powinieneś być wdzięczny Danielowi, w końcu to dzięki niemu będziesz nareszcie spełniał marzenia.
Ryan przysłuchiwał się Clarice i pomyślał – cholera, jaka ona musi być cierpliwa. Od paru chwil jasne stało się, że jest dziewczyną kasztanowłosego, który zdawał się pochodzić z zupełnie innego świata. On był wychudzonym, wulgarnym, wrednym i nieuprzejmym chujem, a ona? Śliczna, miła i uprzejma. Zapewne dziewczyna z dobrego domu, prymuska, przebywająca wśród równie snobistycznych koleżanek. Zmęczona tym całym światem ludzi wysokich rang i czynów.
Dziewczyna z wyższych sfer, zakochana w chłopaku z ulicy.
- Taaak, wdzięczny! Że mam grać w zespole gdzie każdy bierze mnie za babę, po prostu super, odlot, zajebiście!
Warknął w stronę Clarice. Ryan poczuł, że ten kasztanowłosy skurwiel zaczyna działać mu na nerwy.
- Odwal się w końcu, znam cię dopiero pięć minut i nie chcę od razu ci przypierdolić, koleś.
Nathan zacisnął pięści i odwrócił się szybko w stronę czarnowłosego. Przez chwilę obaj mierzyli się wściekłymi spojrzeniami, a atmosfera znów stała się napięta. Nath oblizał wargi.
- Może wolisz tego waszego pedziowatego Pierce’a, co?
Ryan wzruszył obojętnie ramionami.
- Szczerze mówiąc, jesteś niemniej pedziowaty od niego.
Nath tupnął nogą, a Ryan myślał, że zaraz parsknie niekontrolowanym śmiechem. Serio, to wyglądało jak protest rozwydrzonego dzieciaka, któremu ktoś nie chce kupić cukierka. Ogólnie Nathan wyglądał troszeczkę jak dzieciak.
- Nie jestem!
- Wiesz, nie każdego faceta tak łatwo pomylić z kobietą.
Tak, to było wredne. I Ryan świetnie o tym wiedział. Jednak poczerwieniała od wściekłości twarz drugiego chłopaka niemalże natychmiast utwierdziła go w tym, że było warto. W sumie ze strony czarnowłosego nie była to jakaś wielka spina bądź kłótnia. W tej chwili bardziej przynależało to do koleżeńskiego droczenia się.
- O żesz ty chuju!
Syknął Nathan i już miał się rzucić na Ryana, kiedy do głosu doszła Clarice.
- Nathaniel…!
Ups, użyła jego pełnego imienia. Chyba będzie kiepsko.
- Nie mogę już tego wytrzymać! Co u diabła się dzisiaj z tobą dzieje?! W ogóle cię nie poznaję! Od kilku tygodni zachowujesz się jakbyś miał nieustannie muchy w nosie! Myślisz, że będę to znosić?
Krzyczała, karcąc swojego chłopaka samym spojrzeniem błękitnych oczu. Nathan nieco pobladł i tak jakby skulił się w poczuciu winy. Clarice najwyraźniej jednak nie zamierzała ustąpić. Wyprostowała się, odwróciła na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia krokiem pełnym dumy i urazy.
- Clara! Co ty wyprawiasz?
Nathan rozłożył ręce w geście bezradności. Dziewczyna tymczasem otworzyła drzwi do domu Taylorów i weszła na stopnie. W progu odwróciła się jeszcze raz. Gdyby wzrok mógł zabijać, Nathan już wydawałby swoje ostatnie tchnienia.
- Nie waż mi się pokazywać na oczy co najmniej do poniedziałku.
Po czym weszła do środka i zatrzasnęła drzwi. Nathan stał w bezruchu, podobnie jak Ryan i reszta chłopaków. W garażu zapadła cisza. Jedynie słychać było cichnący dźwięk obcasów obijających się o chodnik.
- Wow… stary…
Syknął cicho Pete, jeden z bliźniaków.
- Dobra dziunia z niej była.
Dodał Gerard, kiwając głową z uznaniem. Nathan nie odpowiedział nic, wpatrywał się w podłogę pustym wzrokiem. Cisza trwała dalej. Ryan poczuł, jak przytłacza go poczucie winy. Cholera. To wszystko od początku poszło źle. Musiało się tak skończyć. Gdyby tylko dało się cofnąć czas…
Wtem ktoś zastukał do drzwi. Całą szóstka szybko obróciła się i po chwili każdy z nich zapomniał o niedawnej sytuacji. Nawet kasztanowłosy zdawał się zepchnąć swoją dziewczynę na dalszy plan.
- Cześć chłopcy.
I wtedy do garażu wszedł Pierce. Dan na jego widok mocno przygryzł wargę, mierząc go wzrokiem, jak wściekły pies mający przed sobą intruza, który właśnie wkroczył na jego teren. Ryan spojrzał ukradkiem na Nathana. Ten zlustrował przybyłego od góry do dołu i prychnął cicho, uśmiechając się pogardliwie.
Pierce nigdy do nich nie pasował. Ze swoją fryzurą na Elvisa, pedalskim płaszczem i butami po dziadku odstawał od wszystkich. Zawsze nienagannie ubrany, uprzejmy, o twarzy przyozdobionej fałszywym uśmiechem. Teraz stanął przed chłopcami, dumny, z pogardą w szarych oczach.
- Tak dawno się nie widzieliśmy, tęskniłem. Danny, chyba przestałeś być już na mnie zły, prawda?
Dan nie odpowiedział nic. Nie spuszczał z niego czujnego wzroku. Pierce spojrzał na twarze innych. Pete i Gerard również nie wyglądali na zadowolonych, podobnie jak Hunter. I wtedy jego oczy spotkały się z oczami Natha. Przez chwilę oboje przypatrywali się sobie, a Pierce nawet wykazał zainteresowanie.
- Kto to? Będzie mi czyścił buty?
Zapytał pogardliwie Pierce, uśmiechając się z zażenowaniem.
- Jeb się.
Odparł agresywnie Nathan. W tej samej chwili odezwał się Dan, przerywając pierwsze starcie między dwoma wokalistami.
- Pierce, proszę, nie przychodź tu już nigdy więcej. Zapomnij o tym, że w ogóle nas znałeś. A my zapomnimy o tej sprawie, okej? Okej?
Blondowłosy powiedział to aż do przesady przymilnie, co natychmiast rozbudziło czujność drugiego chłopaka. W szarych oczach pojawiło się zaskoczenie. Pierce przyjrzał mu się ze zdziwieniem i nagle parsknął śmiechem.
- Żartujesz sobie, prawda? Danny? Chłopaki, powiedzcie mi, że on żartuje!
Brak odpowiedzi.
- Hunt? Gerard? Pete? Ryan? O co chodzi?
Znów zero odzewu.
- O kurwa… chyba nie chcecie powiedzieć, że…? No błagam was, po tym wszystkim co dla was zrobiłem, śpiewałem z wami, grałem z wami… jesteśmy z jednego podwórka, ludzie!
Dan wywrócił oczami, wyraźnie już zirytowany zachowaniem Pierce’a.
- Tak, wylatujesz. Koniec. Tutaj się rozstajemy. Wypierdalasz. Wyjebaliśmy cię. Jesteś eks-członkiem. Nie ma cię tu już. Nie zaśpiewasz. Nic.  Jesteś zerem.
Pierce najwyraźniej rzeczywiście się tego nie spodziewał, bo wlepił w chłopców pusty wzrok, zapewne łącząc wątki i próbując ocucić się z tego dziwnego szoku.
- A teraz spierdalaj!
Syknął Danny i już miał popchnąć eks-wokalistę do tyłu, gdy ten zwinnie złapał go za rękę i odrzucił ją.
- Moment! Ale za co?!
Hunter spojrzał na niego jak na wariata.
- Serio? Jeszcze się nie domyśliłeś?
Pierce wlepił w niego wściekły wzrok.
- Zamknij się rudy!
Nie wyglądało to dobrze. Z początku zaskoczony i oniemiały Pierce zdawał się nie sprawiać żadnych problemów. Przez chwilę nawet Ryan myślał, że wypierdolenie go ze składu będzie wyjątkowo łatwe i bezbolesne. Teraz jednak… chłopak poczerwieniał cały na twarzy, a w oczach miał czystą złość. Był tak wkurwiony, że nawet nie zapytał o nowego wokalistę czy o coś podobnego. Ryan modlił się w myślach, żeby tylko teraz nie doszło do jakiejś bójki.
- Wy kurwy! Jebane kurwy! Tak?! Wypierdalacie mnie?! Świetnie! Jeszcze tu wrócę, wy gnojki! I będziecie chcieli, żebym was przyjął do swojego zespołu! Słyszycie?! Słyszycie to kurwa?!
Krzyczał, zaciskając pięści we wściekłości. Dan przyglądał mu się z czujnością, podobnie jak reszta. W tej chwili Pierce odwrócił się na pięcie i szybko wyszedł z garażu, odgrażając się jeszcze. Trzasnął drzwiami i znów zapadła cisza.
Pete odetchnął z ulgą.
- Nareszcie koniec.
Hunter i Danny pokiwali głowami z aprobatą. Napięcie uszło z nich jak za odjęciem ręki, a atmosfera niesamowicie szybko stała się luźna. Nathan zdawał się w ogóle nie pamiętać o Clarze i razem z bliźniakami śmiał się z cipowatości Pierce’a.
- Wiecie co… wywaliliście go, a w ogóle nie wiecie nawet jak ja śpiewam.
Podsunął ostrożnie Nath. Danny w odpowiedzi machnął na niego ręką.
- Zajebiście śpiewasz. Koniec.
Kasztanowłosy spojrzał na niego z politowaniem w oczach.
- Dałbyś mi się chociaż wykazać chuju. Słyszałeś mnie przecież tylko ty, a oni znają mnie zaledwie od godziny.
Daniel westchnął głęboko i z poirytowaniem, tak jakby oczekując, że Nathan zrezygnuje z tego pomysłu. Ten jednak poderwał się i ruszył w stronę prowizorycznej sceny, łapiąc za mikrofon i włączając go. Skinął ręką na Ryana.
- Graj And I Love Her.
Ryan chwycił swoją klasyczną i przechodząc obok drugiego chłopaka, rzucił jeszcze szeptem.
- Jakoś mało się to wpasowuje w nasze klimaty.
- W twoje klimaty wpasowuje się podrywanie chłopaków, co nie?
Odszczeknął Nathan, w odpowiedzi dumnie się prostując. Ryan zamilkł pod wpływem tych argumentów. Usiadł na stołku Gerarda, przy pianinie i spojrzał na struny.
Przymknął oczy i pozwolił dłoniom przebiec po przetartych szlakach na strunach. Dobrze pamiętał tą melodię. Grał ją pewnej dziewczynie ze szkoły przez kilka lat. Znał tę piosenkę na pamięć. Delikatnie szarpnął strunami i pozwolił sobie odpłynąć. Nie interesowało go już nic. Tylko dźwięki i rozlegająca się wokół muzyka.
W pewnym momencie coś wkroczyło w jego świat. Głos. Mocny, niski. Zupełnie inny niż ten śpiewany przez McCartneya. Śpiew Beatlesa, delikatny, smutny i nieco melancholijny. Góry pięknie komponujące się z dźwiękami gitarami. Głos Nathana zaś brzmiał tajemniczo, brudno. W jego wersji piosenka zdawała się być obleczona cierpieniem i tęsknotą. Nie brzmiała jak miłosna ballada dla ślicznej dziewczyny, za którą chciałoby się skoczyć w ogień.
Wokal miał niezwykle mocny i czysty, góry i doły bardziej zachrypnięte, ale wciąż niezwykłe. Oddawał inne emocje niż pierwotny wykonawca. Stworzył swoją interpretację. I im bardziej Ryan myślał o tym głosie i tym tekście dochodził do wniosku, że bardziej przypomina to piosenkę dla byłej. Dla kogoś, kogo się straciło, ale dalej kocha.
Ryan grał i w myślach stwierdził, że współpraca z Nathanem przebiega mu gładko i inaczej. Zdawał się słuchać tego, co wyrażał dźwiękami Ryan. I dopasować się do tego, jednocześnie nie tracąc magii swojego głosu. Podczas gdy Pierce kompletnie ignorował instrumenty i skupiał całą uwagę na sobie, Nathan tworzył z gitarą jedno. Brzmiał ciężko i melancholijnie, powoli. Tak samo jak brzmiała gitara Ryana.
Ryan z trudem powstrzymywał się od śpiewania razem z Nathem. Ale spokojnie. To już koniec. Kasztanowłosy umilkł a on zagrał ostatnie dźwięki i odłożył gitarę. Podniósł wzrok na resztę.
Pete i Gerard siedzieli obok siebie z podziwem w oczach i zarazem pewnym onieśmieleniem. Hunter miał podobną minę i całą trójką wpatrywali się w Nathana jak w boga. Daniel stał z tyłu za nimi i z dumą wypisaną na twarzy opierał się o szarą ścianę. Wiedział, jakie wrażenie zrobi na nich Nathan.
Ich wokalista, wcześniej nieco spięty, teraz czuł się już zupełnie pewnie. Rozluźniony, widząc te nieme pochwały na twarzach przyszłych kolegów z grupy, wyprostował się dumnie. Ryan też mu się przyglądał. Był cudowny, bez dwóch zdań. Tajemniczy i intrygujący.
- O kurwa stary, to było zajebiste.
- Odlot.
Na bladych policzkach kasztanowłosego pojawiła się delikatna mgiełka czerwieni. Danny tymczasem wstał i stanął na podeście obok Nathana, jak ojciec zadowolony z syna.
- To co chłopaki? Zostaje?
- Zostaje!
Wykrzyknęli ze śmiechem.
~*~
Ryan biegł w deszczu mokrym chodnikiem, starając się nie poślizgnąć i skręcić przy okazji sobie karku. Nie miał na sobie nic oprócz dżinsowej kurtki, która przemokła już doszczętnie. Po ciele spływały mu krople zimnego deszczu. Jeszcze tylko kawałek i będzie w swojej kamienicy.
Niebo rozdarła jasna błyskawica i rozległ się niesamowicie głośny huk. Czarnowłosy zaklął pod nosem i przyśpieszył kroku. Po jezdni strumieniami spływała woda, a drzewka na skwerkach kołysały się wściekle w rytm porywistego wiatru. Na szczęście w ciemności rozpoznał znajome budynki. Był już blisko. Jeszcze tylko skręt w prawo i będzie na miejscu.
Wreszcie. Podbiegł do drzwi kamienicy i wyjął z przemokniętej kieszeni klucze. Z ledwością trafił do zamka. Wszedł na zimną klatkę schodową i odetchnął z ulgą. Pachniało tu nieco stęchlizną, ale było tu o wiele przyjemniej niż na zewnątrz, gdzie szalała wichura.
Ociężale powlókł się w górę po schodach, zostawiając za sobą kałuże brudnej wody. Stanął na półpiętrze i oparł się mokrą ręką o ścianę. Ten bieg cholernie go zmęczył. Nigdy więcej wracania po dwudziestej drugiej.
Stanął przed drzwiami do swojego mieszkania i otworzył je bezceremonialnie, nawet nie wycierając zabłoconych trampek o wyliniałą wycieraczkę. Wszedł do środka i znów poczuł tą przyjemną, domową atmosferę.
W przedpokoju, a jednocześnie salonie , na kanapie leżał wuj. Jak zwykle nieco podpity, wciąż jednak nieszkodliwy. Gapił się bezmyślnym wzrokiem w ekran telewizora, w jednej ręce mocno ściskając butelkę whisky, w drugiej pilot. Jak zwykle.
- Wróciłem.
Rzucił przez ramię Ryan, wchodząc do rozjaśnionej białym światłem łazienki. Natychmiast zrzucił z siebie wszystkie mokre ubrania i niedbale wrzucił je do wanny. Wytarł ręcznikiem zmarznięte ciało i oklapnięte, czarne włosy. Był cholernie zmęczony i marzył jedynie o śnie.
Wyszedł z łazienki i zatrzymał się na chwilę w przedpokoju. Cholera, będzie musiał zacząć zbierać na remont. Ze ściany odchodziła tapeta w kolorze zgniłej zieleni, a płytki na podłodze były już mocno podniszczone. Do tego te stare meble, kanapa nakryta zieloną narzutą, fotele i mały stolik. Wszystko trzeba będzie wymienić. Widząc jedynak bezmyślną minę wujka postanowił na razie nic nie mówić.
Minął telewizor i otworzył drzwi do pokoju swojego i jego młodszego brata. Ledwie je uchylił nagle oberwał prosto w twarz poduszką. Z głośnym westchnięciem schylił się i podniósł ją.
- Niezła próba, Will.
Powiedział jak zwykle monotonnym głosem i usiadł na swoim łóżku, zwracając się twarzą do młodszego brata.
- Śnił mi się dzisiaj taki niebieski kosmita z wyłupiastymi oczami, powiedział, że jutro zdarzy się coś dobrego.
Will wyskoczył spod kołdry i usiadł na pościeli, kuląc się. Nic dziwnego, w mieszkaniu było cholernie zimno.
- Tak?
Młodszy pokiwał głową z podekscytowaniem, trzepiąc jasnymi włosami na wszystkie strony. Ryan przyjrzał mu się i znów doszedł do wniosku, że nie wygląda w ogóle jak jego brat. Nie byli do siebie ani trochę podobni. Will miał jasne włosy, był chudziutki i niski, a oczy miał jasne. Jak matka. Zupełne przeciwieństwo Ryana, czarnowłosego, dobrze zbudowanego, ciemnookiego chłopaka.
- Byłeś dzisiaj na próbie?
Zapytał wesoło Will, podskakując trochę na łóżku, które zaskrzypiało ponuro pod jego ciężarem.
- Tak.
Blondynek wydął usta.
- Obiecałeś, że kiedyś mnie zabierzesz…
Ryan westchnął i poczochrał rozwiane włosy młodszego brata. Imponował Willowi. Małolat za wszelką cenę starał się upodobnić do starszego brata, pozami, gestami, zachowaniem i charakterem. Chciał, by zabierał go na próby i grał piosenki. Też pragnął kiedyś zostać muzykiem.
Na razie był jednak tak mały, że nie potrafił utrzymać w rękach gitary.
- Kiedyś cię jeszcze zabiorę.
Will ziewnął przeciągle i przymknął oczy.
- Idź spać mały potworze.
Ryan wstał, przeciągnął się i ruszył w stronę drzwi. Był cholernie zmęczony. Mimo tego że wytarł ciało ręcznikiem i tak czuł, jak bardzo jest ono lepkie od potu. Wilgotne włosy przylegały mu do czoła.
- Ryan?
Will wskoczył pod kołdrę i otulił się nią. Oczy miał znużone, ale dalej wielkie jak spodki.
- Myślisz, że jutro będzie dobry dzień?
Czarnowłosy nie za bardzo miał ochoto tę odpowiadać na to pytanie. Wzruszył ramionami i zgasił światło.
- Może. Kto wie.
Po czym wyszedł.
                                         


Post wstawiła Himana ponieważ  Chandelier nie ma obecnie w domu. Pozdrawiam ;)

1 sie 2015

Zrozumieć Uczucia Rozdział 1

Blog Bety: Czwarty Grzech 
                                                      
 Od pięciu minut czekałem na tę babę z sekretariatu, która poszła po klucz do mojego nowego, tymczasowego pokoju i na plan lekcji obowiązujący mnie w tym semestrze. Zacznijmy od tego, że przeprowadziłem się tu w połowie roku szkolnego, bo moja mamusia postanowiła sobie znaleźć bogatego fagasa spełniającego jej każdą zachciankę. Polubiłem tego gościa, ale nie mogłem mieszkać z nimi, bo, po pierwsze nie chciałem obciążać jego budżetu - który swoją drogą jest dosyć spory - a po drugie, nie miałem zamiaru przebywać z matką, która poza pieniędzmi i czubkiem swojego nosa nie widziała nic więcej. Współczuję Rogerowi, ale to dzięki niemu teraz znajdowałem się tu w szkole, gdzie uczniowie mieszkali i to w każdym tego słowa znaczeniu. Otrzymują na początku roku klucz do jednego z pokoi i zatrzymują go do końca edukacji.
 Po dobrych dziesięciu minutach z jednego z wejść sąsiadujących z zielonym, klaustrofobicznym sekretariatem, w którym obecnie przebywałem, wychyliła się niska kobieta. Nie była jakoś zbytnio urodziwa, jej czarne włosy opadały lekko na plecy, a zielone oczy iskrzyły się radośnie. Jasna cera świetnie komponowała się z malinowymi ustami. Na białej koszuli, którą miała na sobie, widniała plakietka z jej imieniem i nazwiskiem oraz zdjęciem. Wzrok miałem dobry, ale musiałem się przyjrzeć dobrze, aby odczytać napis.

Sekretarka
Joanna Dobb

 Z jej perspektywy musiało wyglądać dziwnie, gdy siedemnastoletni chłopiec gapił się na jej cycki. Ech, trudno, ja też ma miałem swoje potrzeby.
- Proszę bardzo.  - powiedziała miłym i melodyjnym głosem, wyciągając do mnie rękę z kluczem, który miał wyryte trzy cyfry. 4 8 3. Z pewnością był to numer mojego tymczasowego lokum. W drugiej ręce trzymała plan lekcji.
- Dziękuję. - odparłem i już miałem wyjść, kiedy kobieta powiedziała:
- Klasa IIa ma obecnie czas wolny i możesz iść do pokoju. Lepiej jedź windą, bo znajduje się on na piętnastym piętrze.
 Co?! Że ja mam latać codziennie po kilka razy na piętnaste piętro do pokoju? Chyba śnią, nie po to błagałem Rogera, aby mnie przepisał do tej szkoły, żeby teraz pokonywać dystans godny maratończyka, by dostać się do swojego azylu. Spojrzałem na nią z żądzą mordu w oczach, na co ona się uśmiechnęła. Zabrałem dwie torby na kółkach, które stały obok mojej lewej nogi i zarzuciłem gitarę na ramię.
 Czasami lubiłem sobie pograć. Rozluźniało mnie to. Swoją drogą, dostałem ją od biologicznego ojca, którego bardzo kochałem. Niestety zmarł dwa lata temu. Za każdym razem, gdy brałem ją w rękę i przejeżdżałem palcem po jej napiętych strunach, widziałem go przed oczami. Wiem, że miał jedno marzenie; chciał aby jego syn był sławnym gitarzystą, dobrego rockowego zespołu. Obiecałem sobie iż zadbam o to, aby jego pragnienie kiedyś się spełniło. Eh, wspomnienia.
 Z tego wszystkiego zapomniałem, że stałem w progu sekretariatu i jak ten debil gapiłem się w nieokreślony punkt. Zarumieniłem się lekko i nie spiesząc się, ruszyłem do windy, która znajdowała się na wprost mnie. Nacisnąłem guzik i rozejrzałem się po korytarzu. Był wyłożony jasnymi płytkami, na kremowych ścianach wisiały dyplomy, a po drugiej stronie stały kolorowe szafki, które pewnie należały do gimnazjalistów. Między nimi dało się zauważyć drzwi do gabinetu dyrektora i pokoiku nauczycielskiego.
  Kiedy winda się otworzyła, ze smutkiem stwierdziłem, że miałem towarzystwo. Cholera. W lewym rogu stał chłopak mojego wzrostu, jego krótkie, czarne włosy sterczały we wszystkie strony, a ubrania o rozmiar za duże nadawały mu wygląd typowego dresa.Wkroczyłem do windy i naciskając guzik z numerem 15, stanąłem po przeciwnej stronie chłopaka.
- Siema. - powiedział grubym, zimnym i męskim głosem. Mówił to tak obojętnie, jakby sam do siebie gadał.
- Cześć. - odparłem, również od niechcenia. Myślałem, że na tym się zakończy, ale on ciągnął rozmowę dalej.
- Nowy?
- Jak widać. - odpowiedziałem, poprawiając gitarę na ramieniu.
 Na chwilę zapadła cisza, a moment później winda się zatrzymała. Spojrzałem na panel z przyciskami i stwierdziłem, że stoimy na dziewiątym piętrze. Jednak przez szybkę w drzwiach widać było tylko ciemną ścianę. No nie! Już pierwszego dnia spotkało mnie coś takiego.
- Chyba utknęliśmy. - rzekł spokojnie, jakby nic się nie stało. Oparł się o ścianę i wciągnął papierosa. Gdy tylko dym dotarł do moich nozdrzy, zakasłałem. Nie paliłem, a sam zapach mnie odrzucał. Spojrzałem na niego tym samym wzrokiem, jakim wcześniej obdarzyłem sekretarkę, ale on, tak jak wcześniej, stał niewzruszony.
- Tak w ogóle to jestem Phil. - rzekł wyciągając do mnie rękę. Spojrzałem na nią niepewnie, ale po chwili uścisnąłem ją i powiedziałem:
- Alex. Miło mi. - chwilę ściskałem jego dłoń, patrząc mu w błękitne oczy i uśmiechając się lekko. Gdy już ją puściłem oparłem się o ścianę windy.
- Grasz? - zapytał, patrząc na futerał z gitarą. Pokiwałem potwierdzająco głową.
- Od kilku lat.
Rozmowa nam się w ogóle nie kleiła, ale co się dziwić, skoro dopiero się poznaliśmy. Znów  w windzie zapanowała cisza.
- Wiesz, polubiłem cię... - powiedział, wypalając papierosa i rzucając go na podłogę.~No kurwa ciekawe jak skoro znasz mnie od trzech minut?!~Pomyślałem. To dziwne, że komuś ktoś może się spodobać po krótkiej kulturalnej wymianie zdań.- Wydajesz się być spoko, jeśli chcesz to mogę zapoznać cię z ziomkami, znam tu wszystkich, a wszyscy znają mnie. Jak będziesz się trzymał ze mną, nikt cię nie tknie.
 Mówił powoli i niebezpiecznie zbliżał się do mnie. Nie miałem pola manewru, tu ściana, tam ściana, a przede mną typowy dres. Gdy on przybliżał się do mnie, ja odruchowo cofałem się do tyłu. Wpadłem na ścianę, a on doskoczył do mnie i położył ręce na moich biodrach.
- Zgadzasz się? Ale wiesz nic za darmo... - powiedział cicho.
Spojrzałem w jego błękitne tęczówki i od razu tego pożałowałem. Paliło się w nich pożądanie. Jego krocze ocierało się o moje, a ja... Ja się kurwa podnieciłem! Wielki Alex Vega stał właśnie w zepsutej windzie z napalonym dresem, którego poznał przed kilkoma minutami i z każdą sekundą jego penis robi się twardy. Tak, bez dwóch zdań to zdecydowanie było moje marzenie! ~Ratunku!~ Krzyknąłem w myślach
- Phi... - nie dokończyłem, bo z góry ktoś zawołał.
- Jest tam ktoś?!
  Dres odskoczył ode mnie i stanął w bezpiecznej odległości. Boże dziękuję Ci, że jednak mnie trochę lubisz. Już chciałem coś powiedzieć, kiedy klapa nad moją głową się otworzyła.
- Nic wam nie jest? - zapytał facet, którego twarzy nawet nie widziałem ze względu na czarną maź, którą był wysmarowany. Pokręciłem głową przecząco, a Phil cicho prychnął. Z początku myślałem, że mogę go polubić ale po tym wybryku zmieniłem zdanie o nim.

 ***

- Alex zaczekaj! - zawołał dres, kiedy już wyszliśmy z windy.
Od razu skierowałem kroki ku schodom. Okazało się, że winda się zepsuła i nie będzie działać przez najbliższy tydzień, co znaczyło, iż będę musiał codziennie pokonywać kilometry. Nadal byłem zły na Phila za to, co próbował zrobić w windzie. Jeśli myślał, że za pierdzieloną ochronę dałbym się spedalić to się grubo mylił. Pokazałem mu fuck'a i dalej szedłem przed  siebie, ale on wcale nie miał zamiaru odpuścić.
- Czego nie rozumiesz w słowie ''spierdalaj''?! - krzyknąłem kiedy podbiegł do mnie i zrównał ze mną krok.
- Alex... posłuchaj... - rzekł stanowczo i złapawszy mnie za nadgarstek, pociągnął w stronę drzwi do jakiejś ubikacji.
Jedyne, co zakodowałem, to zamykające się drzwi jednej z kabin i mnie, pchniętego na ścianę. Znów ta sama popierdolona sytuacja bez wyjścia. Zajebiście!
- Alex, ja na prawdę nic nie chciałem ci zrobić.
Taaa, akurat. Wywróciłem oczami i odwróciłem głowę w drugą stronę tak, aby nie wiedzieć jego twarzy.
- Słuchaj zaproponowałem w windzie uczciwy układ, w zamian za ochronę ty...
- Miałbym Ci dawać dupy... Od razu mówię nie! - przerwałem mu w połowie zdania.
Nadal na niego nie patrzyłem, ale kiedy usłyszałem jego śmiech, który na sto procent nie był wymuszony, skierowałem wzrok na niego.
- Ty serio myślałeś o tym? - wydusił z siebie, gdy przestał się śmiać, a ja mimowolnie spłonąłem rumieńcem, co wywołało u Phila jeszcze większą salwę śmiechu.
Usiadł na zamkniętym kiblu i biorąc głęboki wdech, powiedział:
- Chodziło mi o codzienne odrabianie lekcji, wyglądasz mi na takiego kogoś, kto nie kujoni, ale ma trochę w głowie.
Prychnąłem, zakładając ręce na piersi.
- Tak w ogóle to ile ty masz lat? - zapytałem z nadzieją, że jeśli jest starszy, ominie mnie to i da mi jakieś inne zadanie.
- Chodzę do IIa - odparł spokojnie, jednak uśmiech nadal nie schodził z jego twarzy.
"Kurwa!" zakląłem w myślach. Chodzi ze mną do klasy, gorzej być nie mogło?
- Z tego co wiem, ty też.- powiedział, wyciągając ku mnie rękę z planem lekcji, który z pewnością zgubiłem.
- Masz czas na zastanowienie się do dwudziestej pierwszej, jeśli się zgodzisz, przyjdź do pokoju 360, a jeśli nie, to lepiej szykuj sobie zimne okłady, bo jesteś teraz łatwym celem dla wilków.
Powiedziawszy to, wstał i niby przypadkiem otarł się o mnie kolanem, pewnie widział moją reakcję w windzie, ale aktualnie było to najmniej ważne. Teraz to ja miałem poważny problem. Co za popierdzielona szkoła. Usiadłem na kiblu i wyciągnąłem gitarę z futerału i nie zwracając uwagi na to, że ktoś się dobija, zacząłem grać.
  
 ***

 Wdrapałem się na szczyt schodów i cały spocony stanąłem przed drzwiami mojego nowego "domu". Włożyłem klucz do zamka dębowych drzwi. Powoli go przekręciłem i usłyszałem cichy zgrzyt. Nabierając powietrza w płuca, nacisnąłem klamkę.
 Aż szeroko otworzyłem oczy z zachwytu, kiedy tylko przekroczyłem próg. Mały, zielony salon, na którego centrum stała czarna kanapa, a na wprost niej telewizor. Po jednej stronie było ogromne okno, a po drugiej wielki regał zapełniony przeróżnymi książkami. Powoli ruszyłem do okna. W związku z tym, że pokój znajdował się na piętnastym czyli ostatnim piętrze budynku, widok musiał być zniewalający.
 I tak było. Los Angeles w samo południe, niby miasto pełne wieżowców i gwiazd, które nie miały co robić z pieniędzmi, a z drugiej strony, piękne, zielone, zadbane. Mieszkając w Chicago nie wyobrażałem sobie, że w takim wielkim mieście w środku dnia może być taki mały ruch.
Chwilę tak stałem, gapiąc się na człowieka z aparatem, który próbował zrobić zdjęcie jakiejś dziewczynie. Odwróciłem się na pięcie i pomaszerowałem do drzwi prowadzących do sypialni. Stały tam dwa łóżka. Jedno pod ścianą, a drugie pod oknem. Między nimi było przejście, dało się też zauważyć dwa biurka i taką samą ilość szaf. Błękitny kolor ścian nadawał pomieszczeniu ciepłego klimatu. Jednak nie to przykuło moją uwagę, lecz czarne ubrania które leżały na łóżku od ściany.
 Były to ciuchy typowe dla metalowca. Szara koszulka z nadrukiem jakiegoś zespołu i czarne rurki. Na szafce nocnej leżały pieszczochy i bransolety oraz wisiorek z kryształkiem przypominającym kroplę krwi, a także czarne cienie do powiek. Jeśli miałem lokatora i on tak się ubierał, to niech się liczy z tym, że nie będę go tolerował.
 Odwróciłem się na pięcie z zamiarem pójścia po torby, a gdy tylko to zrobiłem, zamarłem z przerażenia. Nie dlatego, że było tak fatalnie czy coś, tylko dlatego, że w przejściu z kimś się zderzyłem.
 Przede mną stał chłopak mojego wzrostu, który swoją drogą był całkiem przystojny. STOP. Czekaj... Czy ja właśnie pomyślałem o kolesiu w ten sposób?! Chyba mi odpierdalało i to na całej linii. To pewnie przez Phila i jego homosiowate aluzje. Żeby tylko do końca mnie nie spedalił.
 Właśnie! Dresiarz... muszę pomyśleć nad odpowiedzią dla niego. Ale wracając do tematu "nieznajomego", który śmiał wtargnąć do mojego azylu; był ubrany na czarno, dokładnie w takie same ciuchy, jakie widziałem na jednym z łóżek, tylko z innymi nadrukami. Jego nienaturalna blada twarz świetnie komponowała  się z czarnymi oczami, które dokładnie mnie obserwowały. Zauważyłem, że ma na sobie lekki makijaż. Lewy bok miał wygolony, jednak było widać, że ścinał je dawno, ponieważ nie były to igiełki. Czarna grzywa po samą brodę zakrywała prawe oko, a włosy po tej samej stronie sięgające prawie do ramion, sterczały w nieładzie.
- Co ty tu robisz? - zapytałem po dokładnym przyjrzeniu mu się.
- O to samo mógł bym zapytać ciebie. - odparł nieco wysokim, ale wciąż męskim głosem. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem.Wkurzało mnie to już, że każdy robił sobie ze mnie takie dziecko, które nic nie potrafiło i nie mogło z nikim rywalizować.
- Gadaj! Co robisz w moim pokoju?! - nie wytrzymałem i podniosłem głos. Ku mojemu zdziwieniu on uśmiechnął pogardliwie.
- W twoim? Chyba ci się coś pomyliło! -
~ O nie, proszę, tylko nie to. Nie mówcie mi, że mam mieszkać z tym dziwakiem do końca nauki. ~ pomyślałem, wyraźnie się krzywiąc. - Chyba, że... Ty jesteś ten nowy, co w kiblu na gitarze grał? -
Szkoła liczy prawie  tysiąc uczniów a wieści rozchodzą się lotem błyskawicy.
 Spojrzałem na niego, a on podniósł pytająco brew. Nie przypadł mi do gustu, jego wygląd mnie odrzucał. Przypominał typowego metalowego pedałka, który ma wyjebane na innych i widzi tylko siebie. Wydawał się być skryty i zamknięty w sobie, a widoczna gołym okiem niedowaga, tak jakby potwierdzała moje przypuszczenia.
- A nawet jeśli, to co?!- zapytałem chamsko.
- Nic. - rzekł spokojnie, mimo tego, że teraz powinien był mi przywalić albo wydrzeć się. Wzruszył ramionami i wymijając mnie, podszedł do szafy wyciągając z niej dwa puste wieszaki.
- Zdaje się, że zostaliśmy współlokatorami.- powiedział cicho z lekkim, szelmowskim uśmiechem goszczącym na twarzy. Powoli zaczął wieszać ubrania na wieszakach.
- Zajebiście! - syknąłem i zostawiając go, poszedłem obejrzeć ostatnie pomieszczenie.
  Kiedy tylko otworzyłem drzwi, zobaczyłem łazienkę. Ciekawe, czy każdy pokój miał takie wygody, czy tylko mój... Przepraszam, nasz. Mój i... no właśnie, jak temu dziwakowi było na imię? Z tego co zapamiętałem, Phil znał tu każdego, więc jego pewnie też. Kiedyś będę musiał go o to zapytać, bo na pewno nie podejdę do czarnego i nie powiem "Cześć, jestem Alex, zostańmy przyjaciółmi."
 Rozejrzałem się po łazience, która była normalnie urządzona: prysznic, wanna, toaleta oraz umywalka, a nad nią ogromne lustro. Nic specjalnego. Spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że nie pójdę już dziś na lekcje. Dochodziła piętnasta, więc do spotkania z Philem miałem jeszcze sześć godzin. Jeśli się zgodzę, będę musiał odrabiać lekcje za dwoje i nie będę miał w ogóle chwili dla siebie, a jeśli się nie zgodzę... Codzienny wpierdol. Wcale mi się nie uśmiechało. A może go jakoś przekupić? Tylko jak i czym? Pieniądze raczej nie wchodzą w grę, bo to szkoła dla bogatych. Ciekawe czy ktoś był jeszcze w takiej dupie jak ja, czy byłem jedyny...

 ***

 Kiedy już  przełożyłem wszystkie swoje rzeczy do szafy i na chwilę się położyłem, usłyszałem charakterystyczny dźwięk otwierania drzwi zamkniętych na klucz. Po chwili w salonie rozległ się brzdęk tłuczonego szkła.
- Kurwa! - zaklął Czarny gdzieś z głębi mieszkania.
 Powoli się podniosłem, założyłem popielate trampki i ruszyłem w kierunku, z którego dochodziły odgłosy. Dziwak klęczał na podłodze i powoli zbierał szkło z rozbitej ramki, która wisiała nad drzwiami wejściowymi. Swoją drogą, jaki geniusz ją tam powiesił?
- Pokaleczysz sobie kolana. - powiedziałem, opierając się o futrynę.
Wzruszył ramionami i dalej wykonywał zaczętą czynność. Denerwował mnie i to nawet bardzo. Sam jego wygląd sprawiał, że miałem mu ochotę przywalić. O charakterze nawet nie chciałem wspominać, dużo z nim nie rozmawiałem, ale wystarczyła krótka wymiana zdań, żebym mógł sobie wyrobić o nim mniemanie. Stałem tak jakieś pięć minut i dokładnie go obserwowałem. Gdy podniósł się, aby wyrzucić szkło, zobaczyłem, że jego czarne rurki są porozcinane na kolanach, a z ran sączyła się krew.
- Mówiłem?
Znów tylko wzruszył ramionami i powędrował do łazienki. Wróciłem do łóżka i usiadłem na nim z zamiarem przemyślenia kilku spraw. Godzina, w której miałem spotkać się z Philem zbliżała się nieubłaganie. Jednak kiedy spojrzałem na zegarek stwierdziłem, iż nie było czasu na duperele. Wyciągnąłem z szafy poprzecierane na kolanach jeansy oraz fioletową koszulę w czarną kratkę i ruszyłem w kierunku łazienki. Zapukałem, a gdy nie otrzymałem odpowiedzi, powtórzyłem czynność, jednak i tym razem z takim samym skutkiem. Nacisnąłem klamkę, a ta, ku mojemu zdziwieniu, ustąpiła.
- Powiedziałem proszę? - zapytał spokojnie Czarny zmywając makijaż z twarzy.
- Długo jeszcze będziesz tu siedział? Spieszy mi się. - powiedziałem, nie zwracając uwagi na jego pytanie.
- Możesz się myć, ubierać czy co tam chcesz robić, nie przeszkadza mi to, wiele razy widziałem facetów nago.
Nie dość, ze dziwak to do tego gej. Jakieś combo czy co?! Czarny widząc moją zażenowaną minę, zaczął się śmiać.
- Matko! Wyluzuj, przed tobą mieszkało tu kilka chłopaków, oni jakoś nie mieli oporów się przy mnie przebierać.
Odwrócił się na pięcie i ruszył ku drzwiom. - Ale skoro księżniczka się wstydzi... - rzekł i wybuchając śmiechem, wyszedł.
Kurwa! Czy ja naprawdę musiałem mieć zawsze pod górkę?! Rzuciłem ubrania na jakąś szafkę i wziąłem gorący prysznic. Założyłem przygotowane ubrania i związałem włosy w niedbały kok. Miałem zamiar przefarbować z brązu na czarny, ale dziwak skutecznie mi to obrzydził. Teraz zamierzałem zostać przy naturalnych. Włożyłem trampki i opuściłem łazienkę. Miałem już wychodzić, kiedy w ostatniej chwili przypomniałem sobie, że zapomniałem telefonu.
Wróciłem z powrotem do pokoju.
- Nie wychodziłbym na twoim miejscu o tej porze z pokoju. - powiedział cicho Czarny, który leżał na swoim łóżku i gapił się w sufit.
- Dziękuję za dobrą radę, ale pozwolisz, że będę sam decydował, kiedy opuszczę pokój a kiedy nie! - warknąłem.
Znałem go już od paru godzin, a miałem go po dziurki w nosie! W starej szkole było wiele takich typków, lecz ze względu na mój wygląd - czyli wiecznie szerokie ubrania, które robiły ze mnie kogoś takiego jak Phil oraz dredy, których pozbyłem się trzy lata temu - trzymali się ode mnie z daleka. On był inny, szedł w zaparte, chciał wojny.
- Oj no już dobrze, nie unoś się, Księżniczko. - powiedział, cicho chichocząc.
Nie wytrzymałem. Rzuciłem się na niego, gdy tylko wstał z łóżka. Złapałem go za nadgarstki i przygwoździłem do ściany. Jego wyraz twarzy od razu się zmienił, ale nie wyrażał bólu czy czegoś w tym stylu. Nie. To było coś innego, jego oczy wszystko zdradzały.
To strach...

 ~~~~~~~~
  Witajcie Przyjaciele! O to pierwszy rozdział mojego opowiadania pisany jest z perspektywy Alexa,jednak czasem będzie on też z perspektywy innych bohaterów .Mam nadzieję że wam się spodoba. Pozdrawiam