20 lis 2016

Zrozumieć Uczucia Rozdział 26

Beta: Inverno\m/

Alex

     - Ale co się stało? - Pytał po raz kolejny.
     Westchnąłem i opowiedziałem mu całą historię, starając się nie pominąć żadnych szczegółów. Kiedy skończyłem czekałem na jakiś komentarz od niego, ale on uparcie milczał.
     -Wiem, że jestem pojebany, i najpierw komuś mówię kilka niezbyt miłych słów, a dopiero potem myślę, i tego żałuję. A co jeśli on sobie naprawdę coś zrobił? Wtedy to będzie tylko i wyłącznie moja wina, będę miał go na sumieniu do końca życia. - Zacząłem się nakręcać i gadać jak najęty.
     -Uspokój się, nic mu nie będzie. Seth to mądry i rozsądny chłopak, nie zabiłby się przez jakieś głupie gadanie.
     - To, dlaczego nie odbiera telefonów? – Nie odpuszczałem, byłem pewien, że coś mu się stało.
     - Alex, użyj czasem mózgu i pomyśl.- Nie wiedziałem, o co mu chodzi, spojrzałem na niego, unosząc brew. - A ty chciałbyś rozmawiać z osobą, która chwilę wcześniej powiedziała ci masę niezbyt miłych rzeczy?
     - To go nie usprawiedliwia, mógłby odebrać! – Warknąłem na niego. Paul chwilę na mnie patrzył bez słowa, po czym zaczął się śmiać. Widocznie nie potrafił zrozumieć, że sytuacja była bardzo poważna.
     Znam Setha, może nie za dobrze, ale przez te kilka miesięcy zdążyłem zauważyć jak się zachowuje, a kiedy jest wściekły nie panuje nad sobą.
     - Z czego ty się śmiejesz, debilu?! – Krzyknąłem, tracąc cierpliwość.
     - Ty się o niego martwisz.
     - No kurwa, geniusz! Brawo, Einsteinie! - Wrzasnąłem, ten jednak nic sobie z tego nie zrobił, dalej się śmiejąc. - Ty jesteś jakiś pojebany! Nie rozumiesz, że sytuacja jest bardzo poważna?! - Podszedłem do okna i otworzyłem je na oścież, musiałem ochłonąć. Nie rozumiałem, dlaczego Paul  nie mógł pojąć tego, że się martwię.
     Brat podszedł do mnie i nadal cicho się śmiejąc, położył mi rękę na ramieniu.
     - Wiem, że się teraz wściekniesz... - Przerwał na chwilę i z chytrym uśmiechem, dodał cicho. -...Ale ty się w nim zakochałeś. - Spojrzałem na niego zaskoczony. Nie wściekłem się i to było dla mnie dziwne, poczułem tylko niespodziewany skurcz w żołądku.
     - Znowu zaczynasz? - Zapytałem go.
    - Nie, Alex ja nie zaczynam, ja podsumowuję. Gdyby ci na nim nie zależało, to nie przejąłbyś się aż tak bardzo. - Skomentował.
     Cóż, muszę przyznać, że miał trochę racji. Lubiłem Setha, mimo jego głupiego gadania, i tej jego pieprzonej miłości. Dlatego nie chciałbym żeby coś mu się stało, a tym bardziej przez moją głupotę. Ale to jeszcze nie była miłość. Może zauroczenie…
      ~Alex, co ty pierdolisz? ~ Spytałem sam siebie w myślach. To było dziwne, że o tym myślałem i doszedłem do takich wniosków. Przecież nie jestem gejem. Postanowiłem udawać, że nic sobie nie uroiłem w myślach i zachowywać się w miarę normalnie.
     - A ty na moim miejscu byś się nie denerwował?
     - Oczywiście, że tak. Ale nie aż tak bardzo. - Odparł rozwalając się na łóżku.
     To dziwne, że przed chwilą był wyraźnie poruszony tym wszystkim, a teraz zachowywał się jakby to nie miało miejsca, a wszystko było w jak najlepszym porządku.
     - Bracie dam ci radę, godną niejednego filozofa. - Rzekł w końcu. Uniosłem jedną brew do góry i zdziwiony spojrzałem na niego.
     - No? - Paul przez chwilę nic nie mówił. W końcu westchnął, zrobił mądrą minę i powiedział:
     - Idź spać i nie zamartwiaj się, bo jutro mamy badania i musisz być wypoczęty. – Po czym poklepał mnie po ramieniu. Parsknąłem cicho śmiechem.
     - Wiesz, co, lepiej nie zaczynaj studiować filozofii, bo mógłbyś wszystkich zabić swoim intelektem. - Brat uśmiechnął się i zaczął zmierzać do drzwi. - Paul! - Zatrzymałem go.
     - Tak?
     - Mogę z tobą spać? - Zapytałem prosto z mostu.
     Nie wiem, dlaczego tego chciałem, ale nagle naszła mnie ochota na powrót do przeszłości. Paul wybuchnął śmiechem. Czułem jak moje policzki powoli robiły się gorące, zrobiło mi się wtedy strasznie głupio i gdybym tylko mógł cofnąć się w czasie to z pewnością nie zapytałbym go o to.
     - Alex, masz siedemnaście lat, a chcesz spać ze starszym bratem? - Spytał nadal się śmiejąc. Po chwili uspokoił się i dodał. - Ty naprawdę masz jakieś zapędy homoseksualne.
     - Zapomnij, że cię oto zapytałem. Spadaj do siebie! - Warknąłem.
     - Ej, bracie. - Chłopak znów zbliżył się do mnie i próbował mnie przytulić, ale od razu go odepchnąłem. – Przepraszam. Po prostu zdziwiło mnie to i dlatego tak zareagowałem. - Spojrzałem na niego wzrokiem mordercy. Czy on nie widział, że jestem na granicy załamania nerwowego? Próbował mnie jeszcze bardziej dobić?
     - Idź sobie. - Powiedziałem obrażony. Zaczynał mnie wkurzać.
     - Możesz ze mną spać. - Powiedział
     - Już nie chcę.
     - A pamiętasz jak to było kiedyś? Jak sypialiśmy w jednym łóżku i biliśmy się, kto będzie spał od ściany? - Zapytał, a uśmiech jakoś sam zagościł na mojej twarzy. Tych czasów nie dało się zapomnieć. Zawsze kiedy się biliśmy mama wpadał do pokoju próbując nas rozdzielić i uspokoić, a tata tylko pytał ,,znowu?" Po czym wychodził i zostawiał mamę z dwójką rozwydrzonych dzieciaków.- Aaa mam cię! - Paul zaśmiał się i zamknął mnie w mocnym uścisku.
     - No dobra, ale ja śpię od ściany. - Powiedziałem, obydwaj w tym samym momencie wybuchliśmy śmiechem.

***

     Kiedy Paul poszedł do łazienki, ja skorzystałem z okazji i zadzwoniłem do Daniela. To, że chwilę pogadałem z  bratem na inny temat nie oznaczało, iż przestałem się martwić. Przez dłuższy czas nie odbierał, dopiero przy ostatnim sygnale usłyszałem jego wściekły głos.
     - Obiecuję ci, że jak tylko wrócisz do szkoły to dostaniesz taki wpierdol, że nie pozbierasz się przez kilka miesięcy! - Puściłem tę groźbę mimo uszu, teraz nie to się liczyło.
     - Co z Sethem?
     - I ty śmiesz się pytać, co z nim?! Jesteś żałosny Aleksandrze Vego! - Powiedział.
     - Odpowiesz mi? To naprawdę dla mnie ważne. - Odparłem niewzruszony jego słowami. Usłyszałem gorzki śmiech
     - Teraz do pokuty, jak śmierć u dupy? - Zapytał.
     - Daniel, ja pierdole, zacznij się zachowywać normalnie, a nie jak obrażona panienka i mi odpowiedz! - Warknąłem.
     - A niby, dlaczego miałbym ci powiedzieć?
     - Bo gdybym, kurwa do ciebie nie zadzwonił, to nie polazłbyś do niego i prawdopodobnie nie uratowałbyś mu życia! - Krzyknąłem do słuchawki. Przez chwilę panowała cisza, ale kilka sekund później Dan znów się odezwał.
     - Z Sethem jest dobrze. - Wysyczał i rozłączył się.
     - No i tak ciężko było? - Zapytałem samego siebie i uśmiechnąłem się pod nosem. Położyłem się na łóżku, na chwilę zamykając oczy, a przynajmniej tak mi się wydawało, że był to chwila.

***

     - ALEX! Wstawaj do cholery!- Usłyszałem krzyk brata. Powoli otworzyłem oczy, po czym odwróciłem się na drugi bok i zakryłem głowę kołdrą. - Ja pierdzielę. - Sapnął Paul i pociągnął mnie za nogę.  
     - Spieprzaj. – Wymamrotałem zaspany.
     - Alex, nie pamiętasz, że mieliśmy jechać na badania? A potem przecież masz randez vous. - Rzucił.
     Znów powoli otworzyłem oczy i przeciągnąłem się na łóżku, spojrzałem na niego i uniosłem brew. Nie mogłem uwierzyć, że tak inteligentna osoba jak mój brat uwierzyła w takie kłamstwo.
     - To jak, wstajesz? – Zapytał. Spojrzałem na zegarek. Ósma piętnaście. ~Chyba go pogięło.~
     - Nie. Idę spać, dalej. - Odparłem i poprawiłem podsuszkę.
     - Wiesz co? Jesteś nieznośnym dzieciakiem! - Podniosłem rękę i w powietrzu palcem napisałem "ZABIJĘ CIĘ... JAK MI SIĘ BĘDZIE CHCIAŁO". Paul zaśmiał się pod nosem, po czym bardzo poważnym tonem dodał.
     - Za pięć minut widzę cię na dole, kompletnie ubranego. Śniadanie i jakiekolwiek pożywienie jest niewskazane. - Wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami. Chwilę jeszcze poleżałem, kolejny raz się przeciągnąłem i powoli usiadłem na łóżku. Zaspanym wzrokiem zacząłem szukać ubrań. Jednak kiedy ogarnąłem pomieszczenie wzrokiem i nie znalazłem ich nigdzie, zrezygnowany siadłem na łóżku i sięgnąłem po telefon. Nie miałem żadnych wiadomości, ani nieodebranych połączeń. Nie chciałem tego przyznać głośno, ale miałem cichą nadzieję, że może jednak Seth się odezwał.
     - ALEX, RUSZAJ SIĘ! - Usłyszałem krzyk brata dochodzący z piętra niżej.
     - STARAM SIĘ! - Odkrzyknąłem i w ślimaczym tempie zwlokłem się z łóżka.
*
     Po około dziesięciu minutach, powolnym krokiem zszedłem po schodach do holu. Paul siedział na podłodze oparty o drzwi i cały czas wlepiał wzrok w zegarek.
     - Jeżeli dla ciebie pół godziny to pięć min...
     - Zamilcz. - Wszedłem mu w słowo. - Budzisz mnie w środku nocy i myślisz, że będę rześki, wypoczęty i gotowy do działania?
     - Młody, dochodzi dziewiąta rano, a ty mi gadasz o jakimś środku nocy. Pora się nauczyć odróżniania dnia od nocy. - Zażartował.
     - Zbieraj się, jedziemy.- Powiedziałem uśmiechając się pod nosem.
     - Żartujesz sobie? Sterczę tu od trzydziestu minut, a ty mi karzesz się zbierać? To ty się ruszaj! - Zaśmiałem się, szybko włożyłem buty oraz kurtkę i uśmiechnąłem się chamsko.
     - Hmm, czemu limuzyna jeszcze nie stoi przed domem, podobno tak się spieszymy, a już dawno mogłeś samochodem wyjechać z garażu. - Brat pokręcił głową z politowaniem, roztrzepał mi włosy i wyszedł.
     - Starcie słowne Alex vs. Paul, jeden zero dla mnie. - Powiedziałem sam do siebie.

*
     Kiedy jechaliśmy do kliniki Paul, cały czas wypytywał mnie o randkę, na którą się wybieram. Z każdą chwilą drażniło mnie to coraz bardziej, ale nie poddałem się i kłamałem jak z nut.
     - A, tak właściwie to, na co te badania? – Zapytałem, kiedy brat zaparkował.
     - Mama i tata mieli raka, musimy się przebadać, czy aby na pewno wszystko z nami ok. Mieliśmy już takie, pamiętasz?
     - Tak, to było wtedy, kiedy tata dostał wyniki?
     - Dobrą masz pamięć. - Poklepał mnie po ramieniu.
     Wjechaliśmy na parking i po znalezieniu wolnego miejsca ruszyliśmy w stronę recepcji. Badania minęły szybko, sprawnie i bezboleśnie. Dlatego przed godziną dwunastą byliśmy już w willi Rogera.
     Po zjedzonej kolacji szybko przebrałem się w luźniejsze ubrania i zebrałem się do wyjścia.
     - Podwieźć cię? - Usłyszałem pytanie brata, kiedy zakładałem buty.
     - Nie trzeba. - Odparłem i już miałem wychodzić, kiedy Paul wychylił się z salonu.
     - Na pewno? - Przewróciłem teatralnie oczami.
     - Tak, na pewno. Tylko nie śledź mnie, chcemy mieć trochę prywatności.
     - Ok, rozumiem. - Poruszył brwiami. Westchnąłem i opuściłem dom.
    Dziesięć minut później byłem już pod domem Andiego. Nawet nie zdążyłem zapukać do drzwi, kiedy te się otworzyły, a w progu stanął mój przyjaciel.
     - Siema, stary! - Rzucił od razu i uścisnął mnie tak, jak to zwykle mieliśmy w zwyczaju. Zmienił się.
     Z jego długich blond loków został tylko kolor, teraz miał je krótko ścięte i modnie ułożone. Wyszczuplał, jego policzki były zapadnięte, a twarz  jeszcze bledsza niż kiedyś.
     - Gdzie twoja grzywa, rumaku? - Zapytałem od razu.
     - Znudziła mi się, poza tym laski przestały na to lecieć. - Odparł całkiem poważnie. Zaśmiałem się, widocznie pod tym względem  nic się nie zmienił. - To nie jest śmieszne. Wszystkie nabijały się z mojej czupryny, nawet pocałować się nie dawały, a o numerku nie było mowy. – Westchnął.
     - Serio? - Chłopak pokręcił głową, robiąc smutną minę. - Ale teraz każda dupa moja! - Od razu się odżywił i mrugnął do mnie znacząco.
    - Dobra, mów gdzie idziemy?
    - Niedaleko otworzyli nowy klub ,,Apogeum". Co ty na to?
    - Jeśli tylko mają alkohol i niezłe laski, to pewnie.
    - DJ też jest niezły. - Odparł.
    - Prowadź. – Zarządziłem stanowczym głosem.
    - Jak ci się podoba w nowej szkole? Opowiadaj, bo pewnie masz tego sporo. - Zagaił rozmowę, gdy tylko ruszyliśmy we wskazanym przez niego kierunku.
    - Szczerze? Żałuję, że stąd wyjechałem. Tu miałem wszystko, czego potrzebowałem, a ja głupi zacząłem czegoś szukać i nie wyszło mi to na dobre. Mam o wiele więcej problemów niż powodów do radości.
    - Jak to? – Spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem. Westchnąłem.
    - Opowiem ci wszystko jak dostanę zimne piwo. Bo obawiam się, że na trzeźwo nie dam rady. - Chłopak kiwnął tylko głową.
    Po kilku minutach szybkiego marszu w ciszy, znaleźliśmy się przed ogromnym budynkiem, oświetlonym we wszystkich możliwych neonowych kolorach.    Weszliśmy do środka i od razu skierowaliśmy się w stronę baru.
     - Ja załatwię trunki, a ty znajdź jakieś wolne miejsca. – Powiedział i zagadnął barmana.
     Rozejrzałem się po lokalu. Jak na tak wczesną godzinę, ludzi było naprawdę sporo. Około minuty zajęło mi znalezienie, tego jednego, jedynego stolika w na samym końcu sali. Szturchnąłem Andiego i pokazałem mu miejsce ręką. Blondyn przytaknął, po czym zapłacił za dwa piwa i ruszyliśmy na tył Sali. Usiedliśmy na całkiem wygodnych krzesłach, po obydwu stronach stolika i stuknęliśmy kuflami, od razu upijając porządnego łyka.
     - No, to opowiadaj. - Kolejny raz westchnąłem i wyrzuciłem z siebie wszystko.             
    Tak. Wszystko, łącznie z tym, kiedy Seth zrobił mi dobrze ręką. Dlaczego mu to powiedziałem? Bo mu ufałem. Tak, to była jedyna osoba (poza Paulem), której bezgranicznie ufałem. Znałem go od dziecka i wiedziałem o nim wszystko, zresztą o on o mnie też. Czasem miałem mu za złe, że zawsze za mną łazi, słucha tej samej muzyki, co ja, robi dokładnie to samo, co ja, ale po tych dwóch miesiącach rozłąki uświadomiłem sobie, że bardzo mi brakowało jego towarzystwa, imprez z nim i jego biadolenia za uchem.
     Kiedy skoczyłem historię swojego życia, spojrzałem na niego i oczekiwałem, aż coś powie. Ale ten jak na złość tylko popijał piwo i wgapiał się w mnie.
     - Wiesz. - Rzekł w końcu. - Jeśli jesteś gejem to ja nie mam nic do tego, ale... - Przerwał na dłuższą chwilę i nic nie mówił.
     - Ale? - Ponagliłem go, bo coś czułem, że to, co powie nie będzie miłe.
     - Ale, nie zapomnij zaprosić mnie na wasz ślub. - Parsknął śmiechem, a kilka osób odwróciło się w naszą stronę. Wcale nie było mi do śmiechu. To było żałosne i głupie. Myślałem, że mi pomoże, a on się bezczelnie ze mnie nabijał.
     -, Co cię bawi? - Warknąłem.
     - Wszystko brzmi jak jakaś głupia historia wymyślona dla beki. - Wybełkotał nie przestając się śmiać.
     - Jasne, nabijaj się dalej, przecież moje uczucia są ze stali i mają gdzieś twoje zachowanie. - Odparłem ironicznie. Na chwilę zapanowała cisza.
     - Ty nie żartowałeś? - Przekrzywił głowę i uniósł brew pytająco.
     - Nie. I myślałem, że mi pomożesz, ale ty masz to w dupie. - Burknąłem i zacząłem siorbać chmielowy napój.
     - Ale w czym ja mam ci pomóc? - Zapytał zdziwiony.
     - No jak to w czym? Co mam zrobić, żeby ten debil się odczepił?
     - To ty go nie k... – Zaczął, ale wszedłem mu w słowo.
     -Nie. – Powiedziałem stanowczo. Na chwilę zamilkłem. - Chyba nie. - Dodałem cicho. Andy zakrztusił się napojem. Kaszlnął kilka razy i rzekł.
    - Nooo stary, niezły jesteś. - Palnął. Spojrzałem na niego spode łba. No co mu miałem powiedzieć, sam byłem zagubiony w swoich uczuciach. - Dobra nie bij, tak się tylko z tobą drażnię.
   - Mam nadzieję. – Burknąłem.
   - Powiem tak. Ja, jak chcę od siebie odpędzić jakąś tępą dziunie, która nie daje mi żyć, to udaję, albo serio się wiążę z inną. Z reguły odpuszczają. - Dokończył i ze stoickim spokojem powoli kończył piwo.

     Złowieszczy uśmiech zagościł na mojej twarzy. Wiedziałem, że to dobry plan. Chociaż dobry to chyba za mało powiedziane.      

 ROZDZIAŁ 27
~~~~~~~~
WITAJCIE!
Łochaaa dawno mnie tu nie było :D Ale wracam po czterech miesiącach z dość długim rozdziałem, i od razu odpowiadam na pytanie które pewnie zrodziło się w waszych głowach, nie wiem kiedy będzie kolejny rozdział. Nic nie obiecuję, bo z moimi obietnicami jest tak, że  to nie ą obietnice tylko słowa rzucane na wiatr... Także, do kiedyś tam :D                
             

5 sie 2016

"Determinacja" - prolog

(Serio, nie bójcie się zostawić komentarza. Lubię się integrować z ludźmi, ale nie mam do tego nawet najmniejszej okazji tuwstawbardzosmutnąminke)

Cześć
Jak widać żyję.
(jeszcze)
I wciąż stawiam za dużo enterów.
No więc w moim życiu jest średniawo, ale postaram się coś jednak dla was napisać. Bo was lubię. Chociaż to najwyraźniej jednostronne uczucie.
Aha, no i kiedy "Z Popiołów".
Nigdy.
Kiedyś
Żadna z tych odpowiedzi nie jest satysfakcjonująca?
Heh, nie no żartuję. Kiedy zaczynałam pisać ten twór poniżej to w ogóle nie miałam chęci kontynuować "Z Popiołów" i zastanawiałam się nad usunięciem go, ale kiedy skończyłam ostatni akapit "Determinacji" to jakoś tak dopadła mnie tęsknota za "From Ashes" i wszystkim, co z nim związane.
Zaczęłam pisać drugą część jedenastego rozdziału. I poprawiać poprzednie. W niektórych dopisuję tylko dialogi, a w innych całe akapity, więc kiedy pojawi się nowa część, to radzę obadać poprzednie, żeby w razie czego nie dziwić się w stylu "A skąd ten wątek nagle się tu wziął?".
No dobra, to może zacznę o poniższej opowieści. Bo ja bardzo lubię wszystko wyjaśniać, żeby ludzie nie czuli się zagubieni.
(Poniżej znajdują się spoilery odnośnie gry "Heavy Rain")
Zainspirował mnie ten post: http://paperpug.tumblr.com/post/115570924975/okay-but-imagine
Poniższe opowiadanie to fanfic AU (alternative universe) do "Heavy Rain" (nie jestem pewna jak to się odmienia). Tutaj, Ethan Mars nie poddaje się "próbom" Zabójcy Z Origami, zamiast tego powierza sprawę w ręce policji. Ratować młodego Shauna Marsa będą Norman Jayden, uzależniony od narkotyków i technologii agent FBI oraz Carter Blake, agresywny i brutalny śledczy.
I żeby nikt nie poczuł się zagubiony, to dodaję jeszcze kilka wyjaśnień:
  • Jeśli chodzi o Scotta Shelby'ego, to nic się nie zmienia. Podróżuje on z Lauren, udając, że szuka zabójcy, tak naprawdę zacierając za sobą ślady.
  • Ethan dołącza do Madison i szukają oni rozwiązania zagadki na własną rękę.
  • Między Ethanem a Madison nawiązuje się romans.
Opowiadanie jest napisane tak, że nawet osoby nie znające "Heavy Rain" mogą się za nie zabrać.
Życzę miłego czytania. <3

~*~
Norman wiedział, że jest źle.
Nie mieli żadnych tropów, jeśli chodzi o Zabójcę z Origami. Nawet najmniejszej wskazówki, niczego, co mogłoby ich choć trochę zbliżyć do tego psychola. Podejrzani podrzucani przez Blake'a byli jego starymi wrogami albo osobami, które od dawna chciał zamknąć. Norman w końcu zaczął ignorować porucznika. Blake odwdzięczał mu się za to dogryzaniem i utrudnianiem śledztwa. Czyli czymś w jego stylu.
Ósemka chłopców już gryzie ziemię. Jakiś czas temu znaleziono kolejnego zamordowanego. A chwilę po tym Zabójca z Origami porwał kolejne dziecko z pełnego ludzi placu zabaw. Jakim cudem ten popapraniec nie zostawiał za sobą żadnych śladów? Nikt nie widział go z ofiarami, na kamerach monitoringu ani śladu, a tam, gdzie odnajdywano ciała, nie znaleźli niczego, co mogłoby im pomóc zidentyfikować zabójcę. Po prostu rozpływał się w jesiennej mgle.
Agent Norman Jayden nie wierzył w zbrodnię doskonałą. Może to policja była zbyt głupia, może przeoczyli coś oczywistego, a może szukają w nieodpowiednich miejscach. Ale na pewno nie istnieje sprawca, który nie zostawiłby za sobą żadnego śladu.
Norman westchnął zirytowany. Zupełnie nie potrafił pozbierać myśli. Miał ochotę potrząsnąć samym sobą. Dlaczego akurat wtedy, gdy stan skupienia był na wagę złota, czuł się rozkojarzony jak nigdy?
Poczuł ciężar w kieszeni spodni. No tak. Tripo. Oczywiście. Wyciągnął małą fiolkę z niebieskim proszkiem i zaczął ją oglądać. Kusiło go, by zażyć. Jego organizm domagał się choćby najmniejszej dawki. Kiedy Norman zażywał narkotyk, jego zmysły wyostrzały się, a umysł pracował na pełnych obrotach. Do niedawna wszystkie trudne śledztwa rozwiązywał naćpany.
Do niedawna. Kluczowe wyrażenie. Gdy Norman zorientował się, że jest uzależniony, natychmiast przestał brać. I zaczęło się. Omdlenia. Bóle. I krew cieknąca z nosa jak z kranu. Agent FBI musiał być stale gotowy do akcji i dlatego Norman zawsze nosił przy sobie jedną fiolkę. Na wypadek, gdyby słabość dopadła go w momencie, w którym nie miałby czasu na dojście do siebie i musiał działać szybko.
Obrzucił wzrokiem fiolkę. Był spragniony jej zawartości. A przecież jeszcze jeden raz by mu nie zaszkodził...
"Nie ma mowy" zganił sam siebie w myślach i schował fiolkę do kieszeni. Da sobie radę. Nie po to trenował latami swój umysł, żeby teraz cholerny proszek robił wszystko za niego. To świństwo nie może uczynić z niego niewolnika.
Założył okulary ARI i nagle nie siedział już w ciasnym, brudnym gabinecie, przydzielonym mu z litości. Teraz siedział na wysokiej skarpie, a wokół niego roztaczał się przepiękny krajobraz lasów deszczowych. W takim miejscu od razu myślało się lepiej.
Nowoczesna technologia. To dopiero było coś. Norman wyposażony był w okulary i rękawicę ARI, które pozwalały mu na obracanie się w wirtualnej rzeczywistości. Dopóki miał na sobie te dwie rzeczy, mógł bez problemu zajrzeć do policyjnych akt, skanować otoczenie i pozyskiwać dowody, a także łączyć poszlaki w spójną całość. Żyć nie umierać.
Zaczął przeglądać akta i natrafił na te, związane z Zabójcą Z Origami. Zagłębił się w ich treść.
Zabójca Z Origami. Najprawdopodobniej biały mężczyzna w wieku od 30 do 45 lat. Dokonał ośmiu morderstw. Jego aktywność przypada na jesień, kiedy pada deszcz. Ofiary, czyli chłopcy w wieku od 9 do 13 lat były porywane z miejsc publicznych. Odnajdywano je po pięciu dniach, w miejscach nieuczęszczanych przez ludzi, zawsze blisko torów. Morderca planował swoje zbrodnie bardzo dokładnie. Nie działa pod wpływem impulsu. Nie łączą go z ofiarami porachunki osobiste.
"Chory psychol" pomyślał Norman. A do tego cholernie inteligentny. Figurki origami i orchidee, które zostawiał przy chłopcach, zawsze były czyste od odcisków. Morderca dobrze wiedział co robi. Wszystko rozgrywał perfekcyjnie i Norman miał wrażenie, że wodzi ich wszystkich za nos.
Ofiary miały twarze umazane błotem. Na piersi znajdowano orchidee, a w dłoni figurkę origami. Na ciele żadnych śladów walki. Dzieci ginęły na skutek utopienia się wodą deszczową. Możliwe, że morderca umieszcza ofiary w otwartym zbiorniku, który powoli napełnia się deszczówką.
Norman zdjął okulary, pochylił głowę i zaczął masować skronie. Bolała go głowa i był cholernie zmęczony. Marzył o ciepłym łóżku i długim, nieprzerwanym niczym śnie. Od dawna nie spał dobrze. Ale wiedział, że nie ma na to czasu. Musiał uratować Shauna Marsa, zanim deszcz go zabije.
Wtem Norman usłyszał, że ktoś otwiera drzwi do jego gabinetu. Obrócił się i ujrzał Blake'a, który obrzucał leżące na biurku okulary ARI podejrzliwym spojrzeniem. Wyglądał dziwnie.
- O co chodzi? - spytał zdziwiony Norman.
- Przyszedł ojciec Shauna Marsa. - powiedział Blake, tym samym pogardliwym tonem, co zwykle.
"Ethan Mars? Czego on może chcieć, przecież przesłuchiwaliśmy go niedawno." pomyślał Jayden i przywołał w pamięci obraz zdruzgotanego mężczyzny, który zapłakany przyszedł w środku nocy na posterunek policji. Blake niemalże od razu oskarżył go o zabójstwo swojego syna. Pan Mars miał ciągłe zaniki pamięci od czasu wypadku, w którym zginął starszy brat Shauna, Jason. Gdy zaginął Shaun, Ethan stracił przytomność i kiedy się ocknął, chłopca już nie było.
Może jednak coś sobie przypomniał?
- Jayden, on... dostał paczkę od Zabójcy Z Origami.
To dlatego Blake zachowywał się tak dziwnie. Wygląda na to, że jego teoria o winie Marsa właśnie straciła na wiarygodności. Agent próbował powstrzymać cisnący mu się na usta uśmiech.
Norman wstał i razem z Blake'm ruszył w stronę pokoju przesłuchań. Przyjrzał się twarzy śledczego, na której malowało się zdenerwowanie. Nic nowego. Blake nigdy nie był spokojny.
- Wysłał mu paczkę... ciekawe... - mruknął Norman, próbując zagaić rozmowę.
- Próbujesz mi dogryźć tym, że moja teoria się nie sprawdza? - warknął Blake.
- Heh, tego nie powiedziałem.
Na tym skończyła się "pasjonująca" rozmowa.
Pokój przesłuchań był dość nieprzyjaznym pomieszczeniem. Znajdował się tam tylko spory stolik i dwa krzesła. Nie było na czym zawiesić wzroku. Rażące światło tylko wzmagało uczucie bycia obserwowanym.
Ethan Mars siedział przy stoliku, pilnowany przez dwóch funkcjonariuszy. W rękach trzymał dość spore, tekturowe pudełko. Był zdruzgotany. Wpatrywał się w nich oczami pełnymi smutku i strachu. Blake zasiadł naprzeciwko Ethana. Dla Normana zabrakło krzesła.
- Norman Jayden, agent FBI. - przedstawił się. - Proszę mówić, panie Mars.
Ethan był... "inny". Gdy się z nim rozmawiało, wyłączał się i błądził mętnym wzrokiem po ścianach. Wyglądał na człowieka, który wręcz tonął w depresji. Który nie potrafił poradzić sobie z traumą. Norman nawet nie chciał sobie wyobrażać bólu, który czuł Mars. Najpierw stracił jednego syna, a teraz drugiego.
- Więc... Jakiś czas przed zaginięciem Shauna otrzymałem naprawdę dziwny list... Na początku uznałem, że to pomyłka, albo jakiś głupi żart, ale... Teraz treść nabrała innego znaczenia. - powiedział łamiącym się głosem.
Mężczyzna sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął z niej pomiętą, przybrudzoną kopertę. Położył ją na stoliku. Norman sięgnął po nią, ale Blake, widząc to, pochwycił ją pierwszy. Chyba po to, żeby udowodnić swoją wyższość... doprawdy, Blake czasami zachowywał się jak przedszkolak.
Uroczo.
- W kopercie był też kwit z numerem skrytki na dworcu. Nie zauważyłem go wcześniej. Od razu po zniknięciu syna jeszcze raz zajrzałem do listu i wtedy wypadł z niego numerek. Poszedłem to sprawdzić. I znalazłem tam tą... tą paczkę.
Mars drżącymi dłońmi wyciągnął spod stołu tekturowe, również przybrudzone pudełko. Blake jedną ręką podał Normanowi kopertę z listem, a drugą przyciągnął do siebie pudełko. Tak jakby chciał zaznaczyć, że jest wyżej w hierarchii. No bo przecież on, wielki porucznik Carter Blake, nie może sobie pozwolić na dotykanie dowodów po jakimś sztywniaku z FBI. Jayden zignorował ten niewątpliwie "miły" gest i przyjrzał się trzymanemu przedmiotowi.
Na pomiętej kopercie widać było tylko imię, nazwisko i adres odbiorcy. Ani śladu po nadawcy. Norman nie był jakoś szczególnie tym zaskoczony. Wyciągnął list i rozłożył go. Na brudnej kartce widniał tekst napisany na maszynie. To go akurat zdziwiło. "Kto w tych czasach pisze jeszcze na maszynie? Przecież mamy dobę komputerów.".

"Kiedy rodzice wrócili do domu z kościoła,
ich dzieci nigdzie nie było.

Szukali ich wszędzie.
Wołali je, błagali o powrót,
lecz nic to nie dało.

Po dzieciach zaginął wszelki ślad"

Norman poczuł się dziwnie po przeczytaniu tekstu. Treść listu zasiała w jego umyśle niepokój, wzmagany faktem, że Ethan dostał go, jeszcze zanim jego syn zaginął. Ciekawe. Czyżby morderca dawał mu znak, że interesuje się jego synem?  Czy tak było też w przypadku innych ofiar?
- Wspomniał pan o tym, że otrzymał list jeszcze przed zaginięciem syna. Blake, trzeba sprawdzić czy było tak też w przypadku rodziców innych ofiar.
Blake jednak nie słuchał go w ogóle. Zdążył już otworzyć tekturowe pudełko po butach i wysypać na stół rzeczy znajdujące się wewnątrz. Zawartością paczki było pięć figurek origami: niedźwiedź, motyl, jaszczurka, rekin i szczur. A oprócz tego załadowana broń i telefon komórkowy, do którego Blake właśnie wkładał kartę pamięci, ostatni element przesyłki.
Norman przyjrzał się figurkom. Były niewątpliwie piękne, ale nie to przykuło jego uwagę. Na każdej z nich widniał numerek. Od jeden do pięciu.
- Ej, Jayden. Uruchomiłem telefon. - powiedział Blake, wyraźnie dumny z siebie. Tak jakby wetknięcie do urządzenia karty i wciśnięcie przycisku było czymś niebywale skomplikowanym.
Na ekranie komórki pojawił się pasek ładowania i napis "odtwarzanie wideo". Norman podniósł wzrok na siedzącego naprzeciwko Ethana. Mężczyzna drżał i wpatrywał się w urządzenie przerażony.
Każda sekunda zdawała się być godziną pełną napięcia, ale nareszcie ładowanie dobiegło końca i ich oczom ukazał się filmik. na którym widać było zbiornik z przytwierdzoną do niego kratą. Między jej prętami Norman dostrzegł brudną twarz małego chłopca, w którym natychmiast rozpoznał Shauna Marsa. Woda sięgała dziecku do kolan.
Agent wstrzymał oddech.
- Pomocy... tato, gdzie jesteś? - zapłakał chłopiec i ten dźwięk sprawił, że Norman poczuł, że serce mu się kraje.
Ojciec chłopca poderwał się, że swojego miejsca.
- Shaun! Shaun! - krzyknął Ethan, tak jakby syn był tuż obok niego.
- Zimno mi... tato! Tato! - krzyczało dziecko.
Wtem nagranie dobiegło końca i w pokoju przesłuchań zapanowała cisza.
Widok przemokniętego chłopca, wyglądającego zza krat i wołającego o pomoc sprawił, że Norman poczuł się przygnieciony poczuciem bezsilności. Jednocześnie zaczęła budzić się w nim wściekłość. Jak człowiek zezwierzęcony i prymitywny do tego stopnia, by porywać i topić niewinne dzieci, mógł być jednocześnie tak inteligentny, by nie zostawiać za sobą żadnych niechcianych śladów? Chociaż agent po pierwsze nie był zwolennikiem przemocy, a po drugie zazwyczaj reagował spokojnie, to gdyby ktoś teraz postawił przed nim Zabójcę Z Origami, to sprzedałby mu najmocniejszy cios, jaki potrafiłby wykrzesać.
Blake wpatrywał się ponuro w ekran komórki. Jayden po raz pierwszy widział na jego twarzy taką powagę. Mimo tego bestialskiego i nieczułego czynu, jaki ujrzeli, bił od niego chłodny spokój. Norman poczuł, jak przeszywa go zimny dreszcz.
Mars opadł zdruzgotany na krzesło i ukrył twarz w dłoniach, po czym zaniósł się rozpaczliwym płaczem. Jego ciałem co chwilę wstrząsał pełen żałości szloch. Imię syna nie schodziło z jego ust. Był roztrzęsiony i cały drżał.
- Panie Mars...
Wtem na ekranie telefonu ukazał się napis:

Jak daleko się posuniesz,
żeby uratować ukochaną osobę?

- Co to ma być? - warknął Blake.

Pięć figurek origami.

Każda z nich to osobna próba.
Każda próba, to nowe litery.
Litery ujawnią adres.

_ _ _
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ 

- Co tam jest? - spytał drżącym głosem Ethan. Najwyraźniej zauważył wściekły wyraz twarzy Blake'a.
- Cholerny skurwiel! Będzie z nami grał w jakieś pieprzone gierki! - krzyczał Blake.
- Uspokój się, Blake! - Norman przywołał porucznika do porządku.
Dłonie Cartera zacisnęły się na telefonie, tak jakby chciał go zgnieść. Cały kipiał gniewem.
- Widzieliście... widzieliście mojego syna? - spytał roztrzęsiony, aczkolwiek już nieco spokojniejszy Ethan.
Norman odchrząknął. Nie był pewien, czy powiedzieć prawdę mężczyźnie. Jeśli na samo wołanie Shauna zareagował tak... emocjonalnie, to jak przyjmie wiadomość o warunkach, w jakich trzymany jest jego syn? Jak potraktuje wieść o tym, że Zabójca Z Origami przygotował dla niego próby?
Agent stwierdził, że nie ma co chłodno informować zdruzgotanego ojca o tym, co ujrzeli na ekranie komórki. Nie chciał, żeby Mars się załamał.
Postarał się przyjąć najbardziej kojący ton głosu, jaki potrafił.
- Znajdziemy go, pa...
Przerwało mu uderzenie pięści o stół. Norman aż podskoczył.
- Pytam się, czy widzieliście mojego syna?! 
Głos Ethana był ostry, a w jego oczach widać było złość. Agent westchnął
- Proszę zachować spokój, panie Mars. Pański syn trzymany jest w otwartym zbiorniku zakrytym potężną kratą, która uniemożliwia mu wydostanie się. Zbiornik powoli napełnia się deszczówką...
Jayden postanowił skończyć tutaj. To, co stanie się z chłopcem gdy jego więzienie ostatecznie się wypełni chyba było oczywiste.
Ethanem znów zaniósł się szlochem, choć nieco łagodniejszym niż wcześniej. Norman powinien się domyślić, że tak to się skończy.
Spojrzał na Blake'a. Wyraz jego twarzy zdawał się mówić "Dobra robota! Doprowadziłeś go na skraj załamania psychicznego! Świetny z siebie funkcjonariusz, Jayden!".
- Pan Blake wspominał coś... wspominał coś o gierkach... o co chodzi?
"Cholera. Jeśli mu powiem, załamie się jeszcze bardziej." pomyślał Norman, doświadczony poprzednim błędem. Ethan był bardzo wrażliwy. Jeśli dowie się, że Zabójca przygotował dla niego próby, może tego nie wytrzymać psychicznie i jeszcze coś sobie zrobi. A tego nie chcieli.
Spojrzał na Blake'a. Ten był odwrócony w zupełne inną stronę. Westchnął.
- Zabójca Z Origami przygotował pewne próby... jeśli je przejdziemy, to otrzymamy litery adresu. Adresu miejsca, w którym przetrzymywany jest pana syn.
Specjalnie powiedział "przejdziemy" i "otrzymamy". By Ethan zrozumiał, że to on i Blake się nimi zajmą.
To oni byli stróżami prawa. To ich obowiązkiem było ocalić Shauna Marsa. I to oni będą przechodzili próby, to oni będą zdobywać litery i narażać swoje życie, bo to był ich obowiązek. Nie tylko jako funkcjonariuszy, ale także jako ludzi. Ludzi, którzy nie mogli być obojętni, i dla których pomoc nie powinna być wyborem, a obowiązkiem.
Poza tym Ethan był zbyt niestabilny emocjonalnie. 
- Próby? W takim razie muszę...
- Nic pan nie musi. My się tym zajmiemy. - przerwał mu Norman.
Blake dawał mu znaki, by natychmiast cofnął swoje słowa. Najwyraźniej nie chciał skorzystać z szansy na uratowanie dziecka. Ryzykownej, bo ryzykownej, ale szansy. Norman z trudem powstrzymał się od pogardliwego prychnięcia.
- Wy nic nie rozumiecie! To mój syn! To próby dla mnie! To ja muszę go uratować! - krzyczał Ethan.
Jayden podszedł do niego i położył dłoń na jego ramieniu. Ethan najpierw obrzucił ją nieufnym wzrokiem, a następnie zwrócił twarz w kierunku Normana. Ich spojrzenia spotkały się.
Agent postanowił uśmiechnąć się tak pocieszająco, jak się tylko da.
- Proszę nam zaufać, panie Mars. Zrobimy co w naszej mocy.
~*~
Sekretarka Charlene odprowadziła Ethana do wyjścia z posterunku i przy okazji poczęstowała solonymi orzeszkami. Mężczyzna wciąż nie mógł pogodzić się z tym, że to nie on wyruszy na poszukiwanie swojego syna, ale nie walczył jakoś specjalnie o to prawo. Uspokoił się też i Norman stwierdził, że gdy nie jest cały zaczerwieniony i zapłakany, to jest całkiem... przystojny. 
"Jestem cholernie nieprofesjonalny" stwierdził Jayden. Nie wolno mu było nawet myśleć o podrywaniu ojców ofiar. A tych rozchwianych emocjonalnie to już szczególnie.
Norman wyszedł z pokoju przesłuchań, w dłoniach trzymając tekturowe pudełko. Miał zamiar dokładnie przeskanować wszystkie dowody, a broń oddać do dokładniejszej analizy.
Niestety w ślad za nim podążył rozjuszony Blake.
- Popieprzyło cię, Jayden?! - wrzasnął tak głośno, że Norman aż się skrzywił.
Nie można było powiedzieć, że Blake'owi zależy mu na śledztwie i życiu chłopca. Przeciwnie, angażował się, ale nie zawsze obierał prawidłowy kierunek swych poszukiwań. Był przeciwny pomysłowi Jaydena. Chyba nie chciał za bardzo ryzykować.
"No cóż, w takim razie musi się ogarnąć i zrozumieć, że ryzyko to nieodłączny element pracy policjanta" pomyślał Norman.
- Uspokój się Blake, jesteśmy w miejscu publicznym. Przynosisz wstyd. 
Najwyraźniej spokojny i niewzruszony ton głosu agenta rozwścieczył Blake'a jeszcze bardziej.
- Ja?! Ja przynoszę wstyd?! To nie ja pakuję się w pułapkę! I to nie ja zachowuję się jak debil, narażając swoje życie! 
Norman westchnął i otworzył drzwi do swojego gabinetu, wszedł po czym zamknął je Carterowi przed nosem. Miał go już serdecznie dosyć. Musiał się skupić, a ten skakał wokół niego i robił mu wyrzuty. Takie warunki nie sprzyjały owocnej pracy. Jakim cudem ma cokolwiek znaleźć, jak Blake będzie nad nim stał i ciągle wrzeszczał?
Usiadł przy biurku i położył na nim pudełko. Wziął głęboki wdech i spróbował się odprężyć. Niestety Blake otworzył drzwi i wszedł do środka. Choć "wszedł" to może nieodpowiednie słowo. On się chamsko wpierdolił. 
"Znowu się zaczyna." pomyślał już lekko poirytowany Norman. Nawet nie zdążył go poinformować o konieczności pukania przed zamiarem wejścia, bo ten już rozpoczął swoją śpiewkę.
- I jeszcze mnie próbujesz w to wciągnąć?! Daj spokój! Nie dam się zabić!
"Nie wspomniał nic o tym, że prawie przytrzasnąłem mu palce." zaśmiał się w myślach Norman. Spróbował się uspokoić i pomyśleć, że Cartera tam po prostu nie ma. Tak. Jest sam w tym brudnym i zatęchłym gabinecie, w którym kurzu jest więcej niż powietrza. Wokół panuje idealna cisza, a on teraz przystąpi do swojej pracy i nikt nie będzie mu w niej przeszkadzał.
Norman zaczął wykładać zawartość pudełka na zakurzone biurko i założył okulary ARI. Znów siedział nad tym cudownym, leśnym krajobrazem. Wrażenie psuła tylko odczuwalna obecność Blake'a...
- Hej! Zdejmij to gówno jak do ciebie mówię!
Porucznik złapał ARI i chwycił je. Jayden nawet nie zdążył zareagować. Westchnął. Miał wrażenie, że jeszcze trochę i po prostu Blake'a zwyzywa albo uderzy.
- Odłóż to. To bardzo delikatny sprzęt. Nie masz pojęcia, ile będziesz musiał płacić, jak go zniszczysz.
Zbity z tropu Blake obejrzał dokładnie okulary i delikatnym ruchem (czyli czymś, co zupełnie do niego nie pasowało) odłożył je na blat biurka.
- Blake. Utrudniasz śledztwo. - Norman starał się to powiedzieć spokojnym tonem, choć w środku się gotował.
- To nie moja wina, że wierzysz w to pierdolenie, Jayden! To na pewno jest podstęp! Myślałem, że agenci FBI to inteligentni ludzie, którzy nie mają ochoty się zajebać i przy okazji pogrążyć śledztwo!
Norman zacisnął zęby.
- Blake, przeginasz...
- Nie chcę potem znaleźć twojego truchła, zmasakrowanego albo na wpół zeżartego na jakimś odludziu rozumiesz?!
Jayden nie wytrzymał. Nie dość, że Carter utrudniał mu pracę, to jeszcze traktował go jak młodzika, który nigdy w życiu nie uczestniczył w jakiejś większej akcji. Który nigdy nie interesował się psychologią i nie domyślał się, jak działa psychika zbrodniarza. Który ani razu nie zwietrzył podstępu. Przecież Norman był agentem FBI, do cholery!
Miał dość. Gwałtownie wstał i przysunął się w stronę Blake'a. Ich twarze dzieliły centymetry.
- Jesteś ślepy Blake, czy po prostu głupi?! Ta "gierka" w którą Zabójca chce nas wplątać, to nasza jedyna szansa na uratowanie Shauna Marsa! Na to, by dzieci więcej nie cierpiały! By wśród ludzi nie panował terror! Nie widzisz tego?! Nie mamy nic. Kompletnie nic, żadnego tropu oprócz tej cholernej wiadomości! 
Norman wykrzyczał to porucznikowi prosto w twarz. Ten przyglądał mu się w szoku. Wygląda na to, że nigdy nie podejrzewał, iż ten zawsze spokojny i sympatyczny Jayden, kiedyś w końcu pęknie.
- Poza tym, gdyby naprawdę zależało ci na uratowaniu tego chłopca, to łapałbyś się każdego, nawet najbardziej ryzykownego tropu! A ja jestem gotowy zginąć za to dziecko! Byleby tylko znaleźć tego skurwysyna, który morduje!
Odsunął się od Cartera, dalej jednak mierzył go wzrokiem. W tym momencie miał wrażenie, że nim gardził. Nie widział już człowieka, który z chęcią chciał mu pomóc, gdy rozglądał się niepewnie na miejscu zbrodni. Widział natrętnego i złośliwego tchórza.
- I zanim powiesz, że jestem idiotą, bo stawiam życie obcego mi człowieka nad swoim własnym... na tym właśnie polega miłość*, Blake.
Carter nie odezwał się. Spuścił wzrok i przygryzł wargę. Norman nie wiedział, czy był skruszony, czy po prostu zawstydzony tym, że nie umiał go przekrzyczeć. Nie obchodziło go to.
- A teraz wyjdź. Chcę przeskanować pudełko.
Blake posłusznie wycofał się wychodząc z pomieszczenia.
_________________________________


(tutaj macie autorkę obrazka - kilk! Polecam wszystkim jej prace *w*)
___
* - chodzi o coś w stylu miłości do bliźniego.
___
Ufff, no dobra, dotrwaliście do końca! Brawo!!!! Ja bym nie potrafiła.
Nie wiem, kiedy pojawi się następny rozdział. Będę wstawiać je luźno, nie w jakimś konkretnym dniu. Może być tak, że zdążę napisać wszystko w miesiąc. A może być tak, że nie uwinę się w rok. Nie wiem, zobaczymy.
Opowiadanie będzie raczej krótkie. Nie będę dla niego tworzyć osobnej strony na górze. Poza tym jest zbyt mało rozbudowane.
Okej... no to do napisania! ^^
~Chandelier